Thursday, May 17th

Last update05:39:01 PM GMT

„Dread” nie czeka na cud

Od pięciu lat mieszka w Anglii i jak większość emigrantów dzieli swój czas na pracę i od niedawna także na wychowywanie dziecka. Ale jest jeszcze coś, czemu poświęca każdą wolną chwilę. Są to, jak mówi trzy rzeczy, które kocha - muzyka, muzyka i muzyka. Nagrał już dwie płyty i wiele klipów. Jest jednym z najpopularniejszych raperów wśród polonijnych fanów hip-hopu i coraz bardziej znanym artystą w świecie rapu w Polsce.
„Dread”, lub „Dreadu”, czyli Marcin Dąbkowski z Weston-super-Mare nie ma dredów, lecz krótkie włosy, więc ci, którzy widzą go na klipach zachodzą w głowę skąd ta ksywa, pasująca raczej do rastafarian, czy amatorów reagge. Marcin wyjaśnia, że ten pseudonim został mu jeszcze z czasów, kiedy istotnie był fanem muzyki reagge - wtedy właśnie nosił długie włosy zaplecione w dredy. Niewtajemniczeni myślą natomiast, że on tak specjalnie się nazwał, dla kontrastu.
Muzyką i to nie byle jaką, zainteresował się już w wieku dziewięciu lat i zaczynał od ostrych rzeczy - hard rocka i heavy metalu. Pasjami słuchał takich kapel, jak Metalica, czy Guns'n'Roses, nie stronił też od Napalm Death, czy Slash, czyli od wszystkiego,  czego słuchał jego starszy brat. To właśnie on, na początku kształtował w nim muzyczne gusta. Marcin jednak szybko odnalazł własną wrażliwość i własne preferencje muzyczne - jego największą fascynacją stała się wspomniana grupa Guns'n'Roses.
Wszystko zaczęło się i działo w Nowej Rudzie, niewielkim mieście w Sudetach. Tam Marcin się urodził i przez wiele lat mieszkał. Tam też zaczęła się jego przygoda z hip-hopem, najpierw jako słuchacza, a później wykonawcy. Swoją fascynację tym gatunkiem muzyki też zawdzięcza swojemu bratu i… Liroyowi, bo pewnego dnia właśnie brat wręczył mu kasety słynnego kieleckiego rapera. Był to legendarny „Alboom” oraz kawałki innej ówczesnej ikony z Kielc, Wzgórza Ya Pa 3.
- Słuchałem też amerykańskiego rapu, ale poza muzyką niewiele do mnie docierało, jakieś pojedyncze słowa, bo przecież większość to slang i nawet rodowici Amerykanie nie są w stanie ich zrozumieć - mówi muzyk, który próbował także swoich sił w breakdance. - Ale po każdym treningu bolały mnie kości, więc dałem sobie spokój - śmieje się Marcin.
Był jeszcze epizod „grafficiarski”, ale Liroy ciągle siedział mu w głowie i Marcin uznał, że to jest jego bajka, jego poetyka, że może nie tylko słuchać, ale i tworzyć, realizować się jako kompozytor, ale przede wszystkim jako autor. Nie dziwi to, bowiem swoje pierwsze kawałki zaczął komponować już jako czternastolatek, a nagrywał je na dyktafonie.
Rap, to poważne wyzwanie, bo teksty raperskie, to z pozoru „rymy częstochowskie”, ale - tylko z pozoru. Na tym polega i nie tylko na tym właśnie, różnica pomiędzy rapem, a disco-polo. To wielka sztuka, by posługując się ową „częstochowszczyzną” nie popaść w banał, charakterystyczny dla discopolowego kiczu. Rap niesie treści, które nie mają nic wspólnego z ckliwym „anturażem” tych drugich produkcji. Jest blisko, chyba najbliżej życia ze wszystkich gatunków muzycznych. Nawet hipisowskie songi nie mają w sobie tyle buntu, co rap. Może jedynie punkowe treści i muzyka mogą się z nimi pod tym względem równać. 
Marcin ma świadomość, że twórczość, którą uprawia jest po trosze „wykluczona”. Nadal nie jest powszechnie akceptowana i kojarzy się z łysymi pakerami w dresach, czy agresywnymi blokersami. Ale to nie jest tak, bowiem rap opowiada o prawdziwym życiu, takim którego doświadcza większość młodych ludzi w Polsce, czyli o marnych perspektywach, o niesprawiedliwości, o biedzie i jej przyczynach, ale też o radości, o miłości i o pięknie. W „Nie Liczę Na Więcej” Marcin śpiewa, że odnalazł się w małżeństwie, że do szczęścia wystarcza mu miłość, muzyka oraz kilku prawdziwych przyjaciół i droższe mu to od „mamony”. Jak widać nie jest kolesiem z „siłki”, który marzy o czarnej „beemce” czy „audiku” i złotym, grubym jak powróz, łańcuchu do kolan.
- Wiodę żywot prostego robotnika, pracuję w fabryce, a od niedawna doszły mi jeszcze obowiązki przy córce. Gaja Kamila skończyła właśnie trzy tygodnie - przyznaje z dumą świeżo upieczony tatuś, który sprawia wrażenie osoby optymistycznie patrzącej na życie i skromnej. Marcin nie lubi także, gdy to, czym się zajmuje, ktoś nazywa „robieniem kariery”, bo jest to raczej „realizacja własnej pasji”.
Wolałby żyć w Polsce, ale wiadomo, jak jest w kraju ojczystym - na pracę zero szans, a wegetować nie chciał. Ten wyjazd dał mu nie tylko źródło utrzymania, poczucie stabilizacji, możliwość założenia rodziny, lecz również szansę kontynuowania swojej pasji. To proste - są pieniądze na sprzęt, na nagrywanie…

Przychodzi rok 2007. Marcin reaktywuje swoją twórczość na poważnie - solowo nagrywa swoje kompozycje, bierze także udział we wspólnych sesjach i koncertach oraz nagraniach z innym polskimi muzykami rapowymi mieszkającymi w Wielkiej Brytanii. Wbrew pozorom nie koncentruje się głównie na tematyce emigracyjnej, na dolach i niedolach ludzi zmuszonych do wyjazdu, ale też nie udaje, że takiego problemu nie ma. W utworze „Każdy Z Nas” zachęca do mierzenia się z problemami, rozwiązywania ich, namawia żeby nie czekać na cud, wykorzystywać możliwości, których tu jest więcej niż w Polsce. Kawałek ten zawiera również wiele trafnych obserwacji otaczającej nas rzeczywistości.
Rok temu Marcin wydał dwie solowe płyty EP Dread „Moja Planeta” i Dread „D.W.A.”, które można ściągnąć ze strony www.dreadsensej.co.uk. O Marcinie vel Dreadzie, z pewnością jeszcze nie raz usłyszymy…

Piotr Wójtowicz

fot. www.dreadsensej.co.uk

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.