Janusz Młynarski rozmawia z Józefem Kiełbasą, który postawi w centrum Londynu hutę szkła.
Czyżby Anglicy nie potrafili zrobić własnych pamiątek ze ślubu swojego księcia?
- Przypuszczam, że potrafią i to nie tylko Anglicy. Zaobserwowałem nawet, że mocno wzięli się za to Chińczycy i zaczęli zalewać brytyjski rynek różnego rodzaju gadżetami na okoliczność tego wydarzenia.
Czego w takim razie szukają Polacy na rynku ślubnych pamiątek?
- Jeśli, mówiąc o Polakach ma pan na myśli na przykład mnie, to mogę stwierdzić, że tego samego co Chińczycy, choć może nie do końca tego samego.
Pieniędzy?
- Ich oczywiście też, ale w moim przypadku chodzi jeszcze o satysfakcję zawodową i nadzieję, że jednak mój produkt zostanie zauważony i uznany.
W zalewie takiej ilości pamiątkowej tandety jest jakaś szansa, że pański produkt zostanie zauważony?
- Rzeczywiście pełno jest tego na brytyjskim rynku i prawdą jest, że sporo tandety, ale nie wszystko, nie zapominajmy, że na Dalekim Wschodzie produkuje się też dobrej jakości rzeczy.
Na czym w takim razie polega oryginalność pana oferty?
- Tu muszę wnieść małe sprostowanie: nie twierdzę, że jest to coś niesłychanie oryginalnego, to raczej coś, o czym nie pomyśleli inni producenci z branży pamiątkarskiej.
Czyli?
- Zacznijmy od tego, że jestem szklarzem, ale nie takim, który wprawia szyby do okien, lecz osobą, która przez 35 lat, czyli większą część swojego życia zajmowała się produkcją szkła, artystycznymi wyrobami z tego tworzywa i wzornictwem. Można powiedzieć, że zjadłem na tym zęby. W latach 90. w Polsce dla szkła nieprzemysłowego nastały złe czasy, tak złe, że podobnych nie notowano w przeszłości, a musimy pamiętać, że mamy w tej dziedzinie długie i chlubne tradycje, bo trwające od XIV stulecia. Nie ukrywam, że właśnie z powodu zapaści w tej branży, musiałem szukać szczęścia poza krajem, we Włoszech, Stanach Zjednoczonych, aż wreszcie wylądowałem na Wyspach, niestety musiałem imać się innych zajęć niż profesji, którą ukochałem. Kiedy tak sobie spracerowałem po Londynie, w sklepach pamiątkarskich zobaczyłem natłok gadżetów związanych ze ślubem księcia Williama i stwierdziłem, że pełno jest ceramiki, plastiku, kubków, talerzy, sztućców, ale zero szkła, a jeśli nawet to fatalnej jakości.
Fatalnej jakości? Przecież szkło, to szkło…
- Niekoniecznie, szkło może być lepsze i gorsze. Tanie szkło na przykład, z czasem żółknie i matowieje, a dobrej jakości zachowuje swoją przeźroczystość na wieki. Gdyby nie było różnic w jakości, to np. eksluzywne restauracje kupowałyby zastawę szklaną w Chinach, czy Indonezji. Tymczasem one kupują szkło czeskie, czy polskie, bo ono ma świetną markę, jako szkło wysokiej jakości.
Wróćmy do spaceru po Londynie…
- No właśnie, efektem tych spacerów był pomysł „pamiątek alternatywnych”, czyli zestawów do trunków z wysokiej jakości szkła z wizerunkami książecej pary. Stwierdziłem, że to jest szansa dla mnie, by wrócić do branży, zarobić i przy okazji wypromować polskie szkło.
A skąd będzie wiadomo, że to polskie szkło, przecież na kieliszkach nie będzie napisu „made in Poland”?
- Spokojnie, nie wszystko od razu. Jak dotychczas moja szklana oferta trafiła do znanych sieci restauracyjnych i hotelowych.
Boję się, że ten wywiad się nie ukaże, bo zahacza o kryptoreklamę.
- Dlaczego, przecież waszej gazety nie czytają Anglicy.
Ale Polacy tak. Przeczyta to jakiś polski właściciel, lub właściciele, zasypią pana zamówieniami, pan zarobi miliony, a my guzik.
- Proszę mi wierzyć, że znam dobrze realia jeśli chodzi o polski biznes emgiracyjny. Jest on zorientowany na to, by wszystko odbywało się jak najniższym kosztem, a moje szkło jest drogie, a poza tym, jest ślub brytyjskiej pary książęcej, a nie polskiej, więc potok zamówień od Polaków absolutnie mi nie grozi. Wyobraża pan sobie, żeby jakiś polski właściciel pubu kupił do swojego lokalu np. kufle, z których jeden kosztuje 23 funty?
Nie.
- No widzi pan. Oferta skierowana jest do Brytyjczyków, jest spory odzew, są zamówienia, choć prawdę mówiąc obawiałem się, iż będą trudności, że Anglik jak usłyszy, skąd pochodzi wyrób, to machnie ręką i powie: „E tam, jak polskie, to nie, dziękuję bardzo”.
I co? Chętnie biorą te kieliszki z naklejkami, przecież każdy może sobie zrobić taki nadruk na kuflu, czy szklance…
- Nadruk tak, ale to nie jest nadruk, który ma to do siebie, że czasem się ściera. Tu akurat wizerunek książecej pary jest wtapiany w szkło i to w szkło najwyższej jakości.
No, a gdzie ta promocja Polski?
- Już jest. To promocja szeptana, zadowolony odbiorca rekomedenduje mój produkt innym kolegom z branży, oprócz tego mam zamówienia ze sklepów pamiątkarskich, też dzięki „szeptanej propagandzie”. Wierzę, że polskie szkło wejdzie na brytyjski rynek bocznymi drzwiami.
Ale podobno, to nie jedyny pański pomysł na promocję polskiego szkła.
- Jak już wspominałem, zabawa ze szkłem, to moja pasja, po drugie polskie szkło zarówno użytkowe i artystyczne jest naprawdę wspaniałe i w związku z tym zamierzam postawić w Londynie polską hutę szkła.
O proszę, nie wiedziałem, że z pana taki krezus, może ma pan jakiś niepotrzebny milion funtów?
- Spokojnie, to będzie mała huta, bardzo mała, właściwie to nawet nie huta, a „hutka” i to w dodatku na kółkach.
???
- Tak, skostruowałem właśnie niewielki piecyk hutniczy, obwoźny i będę wraz z nim odwiedzał najbardziej popularne turystycznie miejsca w Londynie, takie jak np. Covent Garden, Traflagar Square, Leicester Square, bulwary nad Tamizą i pokazywał na żywo, co można zrobić ze szkła. Mało tego, każdy kto zechce będzie mógł sobie na miejscu wydmuchać coś ze szkła, po uprzednim instruktażu oczywiście i przy okazji będę promował polskie wyroby z tego tworzywa.
I zarabiał…
- I zarabiał też.
fot. Janusz Młynarski










