Thursday, May 17th

Last update05:21:36 PM GMT

Nie dać Polakom utonąć na emigracji

alt„Jesteśmy do twojej dyspozycji od poniedziałku do piątku, od 9:00 do 16:00, a jeżeli zajdzie pilna potrzeba, także w soboty i niedziele” - to w jednym zdaniu kwintesencja biura SOS Polonia z  Southampton, bez którego nie tylko Polacy, ale i inni imigranci oraz nawet Brytyjczycy nie wyobrażają sobie już życia…

Biuro SOS Polonia usytuowane przy Terminus Terrace w Southampton, odległe zaledwie kilkaset metrów od nabrzeża, z którego 100 lat temu, odpływał Titanic, to miejsce znane nie tylko miejscowym Polakom. Z jego pomocy korzystają również imigranci innych nacji, a nawet sami Brytyjczycy. To chyba jedno z nielicznych miejsc, gdzie nikt nie został i nie zostanie pozostawiony samemu sobie…
Pierwszy w historii sygnał S.O.S został wysłany z  tonącego „Titanica”. Nomen omen, biuro SOS Polonia z Southampton, mieści się blisko miejsca, z którego ten sławny transatlantyk rozpoczął swój pierwszy, a zarazem ostatni rejs. Barbarę Storey, która stworzyła SOS Polonia, do nadania takiej nazwy zainspirowała właśnie tragedia Titanica. Nie dać Polakom utonąć, zatopić się w problemach, które niesie emigracyjna rzeczywistość - to jej główny cel. Działalność organizacji docenił „Dziennik Polski”, który przyznał jej w styczniu tytuł „Organizacji Polonijnej 2011 roku”.
„Jesteśmy do twojej dyspozycji od poniedziałku do piątku, od 9:00 do 16:00, a jeżeli zajdzie pilna potrzeba, także w soboty i niedziele” - czytamy na stronie internetowej SOS Polonia. Ta informacja nie w pełni odpowiada prawdzie, bo właśnie stałe dyżury wyznaczono również na soboty, a tak naprawdę to biuro działa non-stop, 24 godziny na dobę.
Kiedy pytam Barbarę Storey, kto wymyślił tę organizację, bez wahania odpowiada, że Polacy i dodaje:
- Ale nie było tak, że przyszli i powiedzieli „Pani Basiu trzeba coś zrobić, żeby pomóc Polakom”. Nikt nie przyszedł, nikt nie powiedział, bo nawet gdyby chciał, to nie miałby, gdzie i komu.

Barbara Storey mieszka poza krajem już ponad 30 lat, a Wielkiej Brytanii ponad dwie dekady. Wraz z mężem Anglikiem prowadzi w Southampton dobrze prosperujący biznes. Przez te trzy dziesiątki lat, poznała od podszewki problemy nurtujące emigrantów, ale też nigdy nie zapomniała o tym, skąd pochodzi, o tym, że ludziom w nieszczęściu trzeba pomagać i robi to, co najważniejsze - bezinteresownie, bo za własne pieniądze.
Kiedy Polska szykowała się już do wejścia w „unijne progi”, Barbara miała świadomość, że temu radosnemu faktowi towarzyszyć będą mniej radosne, a nierzadko tragiczne wydarzenia, dlatego już przed historyczną datą 2004 roku uznała, że należy zrobić coś, co pomoże rodakom w radzeniu sobie na obczyźnie, z nowymi problemami, z inną kulturą, mentalnością, z całym systemem prawnym, opieką zdrowotną, szkolnictwem, itp.
- Pomyślałam o telefonie zaufania, w przekonaniu, że to wystarczy i z nadzieją, że będzie on działał góra rok, bo większość rodaków się przystosuje, ale rychło okazało się, że nie tylko rok i nie dwa, ale sam telefon zaufania to za mało. Konieczne było stworzenie organizacji, która pomaga w rozwiązywaniu problemów, integrowaniu Polaków ze sobą i ze społeczeństwem brytyjskim.
To, że niemal w zasięgu wzroku znajduje się port, z którego wypłynął Titanic, skojarzyło się Barbarze z kołami ratunkowymi, z szalupami, z ratowaniem ludzi, z udzielaniem pomocy. Jakaż więc mogła być inna nazwa dla biura, jak nie SOS.
- Ktoś o nią woła, więc trzeba pomóc. A większość Polaków, którzy tu zjechali masowo po 2004 roku, była kompletnie nieprzystosowana do życia na emigracji - mówi.
Właściwie nie było i nie ma dziedziny, w której owa pomoc nie okazała się konieczna. Nie było zatem innego wyjścia. Należało stworzyć coś, co w znacznie większym stopniu ogarnie owo morze potrzeb. Tak właśnie powstała organizacja charytatywna SOS Polonia. Od tego momentu oprócz stale dzwoniących telefonów, doszło jeszcze to, że drzwi przestały się praktycznie zamykać. Kto nie wiedział, jak zapisać dziecko do szkoły - przychodził, kto miał problemy z landlordem - przychodził, kłopoty z pracą, lub w pracy - też, z prawem, z policją - proszę bardzo, kłopoty rodzinne - nie ma sprawy… Biuro pomaga w znalezieniu przychodni, szpitala, a jeszcze wypadki w pracy, sprawy w urzędach, no dosłownie wszystko.
Pytam panią Barbarę, jakie to są „pilne sprawy”, które można załatwiać nawet w niedzielę. Okazuje się, że są to te, które wymagają szybkiego działania, szybkiej interwencji, czyli bardzo często aresztowania.
- Kiedyś takie rzeczy zdarzały się dwa razy w tygodniu, a teraz bywa, że mamy kilku aresztowanych dziennie - mówi Barbara.
Są też sytuacje, kiedy ktoś próbuje targnąć się na własne życie, wówczas też trzeba działać szybko, być na miejscu, zanim dojdzie do tragedii. Wielu niedoszłych samobójców żyje dzięki Barbarze i jej współpracownikom. Ale bywają też sytuacje ocierające się o czarny humor.
- Pewnej niedzieli, zimnej i mokrej, zostałam wezwana do Polaka, który chciał skoczyć z mostu. Musiałam wejść w rolę negocjatora. Mężczyzna był pijany i groził, że skoczy. Próbowałam na różne sposoby odwieść go od tego zamiaru i wreszcie zaproponowałam mu, by zanim skoczy, dał się zaprosić na gorącą kawę. I przyjął zaproszenie, a później przejęła go policja. Zapewne nie chciał zrobić sobie krzywdy, ale nie możemy lekceważyć żadnego sygnału - wspomina Barbara.
W SOS Polonia pracuje sześć osób: Agnieszka Kozłowska, Orsolya Schaffler, Dorota Strzelecka, Wojtek Kropidlowski i Janusz Megerranov.
- Wspomaga ich Patrycja Wrzeszcz, nasza najmłodsza, główna wolontariuszka - jak mówi o niej Barbara.
Każdy z pracowników biura, ma dyplom wyższej uczelni i oprócz polskiego oraz angielskiego zna jeszcze inne języki obce. Jest to bardzo przydatne, ponieważ organizacja nie ogranicza się już tylko do pomocy Polakom. Na stosowne wsparcie, mogą liczyć również imigranci z innych państw. Od pewnego czasu, w lokalu SOS Polonia  pełni stałe dyżury Rumunka, która w podobny sposób pomaga swoim rodakom.
Pomoc SOS Polonia ma jednak charakter nie tylko interwencyjny, bowiem prowadzone są również kursy z języka angielskiego, udziela się porad z różnych dziedzin życia, wspiera się działalność artystyczną  (do SOS „przytulił się” polski zespół cygański), organizowane są stałe dyżury konsularne, podczas których można załatwić sprawy paszportowe, prawne itp. Wielką dumą organizacji, jak również całej Polonii w Southampton, jest dziecięcy klub sportowy. Dumą, bo świetnie prosperuje. Podobny tyle, że angielski nie dawał sobie rady, więc… połączył się z Polskim. Teraz młodzi Brytyjczycy występują z polskim godłem na koszulkach i żeby było ciekawiej, zaprojektował je młody Anglik.
Nagroda „Dziennika Polskiego” dla organizacji, to jak mówi pani Barbara - wiatr w żagle. Zarówno dla niej, jak i przede wszystkim jej młodych, wspaniałych współpracowników.
- Są oni bardzo dumni i szczęśliwi, że ich działalność została doceniona. Dzięki temu wyróżnieniu, będą pracować z jeszcze większym entuzjazmem - zapewnia.

***

Nagroda sprawiła, że nadeszły setki e-maili z gratulacjami z całego świata, ale podziałała też zaraźliwie. W Szwecji powstała właśnie siostrzana organizacja, na wzór SOS Polonia.
Choć w artykule była już o tym mowa, to warto jeszcze raz podkreślić, że SOS Polonia jest finansowana wyłącznie z kieszeni pani Barbary i jej męża. Począwszy od pensji pracowników, po utrzymanie lokalu, a to bagatela 70 tysięcy funtów rocznie. Może i ten przykład podziała na innych zaraźliwie…

Janusz Młynarski

fot. Organizacja SOS Polonia z Southampton - Archiwum prywatne

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.