Thursday, May 17th

Last update05:21:36 PM GMT

Niesprawiedliwa sprawiedliwość

altPolscy imigranci przebywający w Wielkiej Brytanii, nie mają zbyt dobrej opinii, zarówno o tutejszej policji, jak i sądach rozpatrujących sprawy karne. Można odnieść bowiem wrażenie, że brytyjskim organom stojącym na straży prawa, Polacy służą jedynie do poprawiania statystyk wykrywalności…

Statystyki dotyczące przestępczości na Wyspach Brytyjskich, niestety nie stawiają nas, emigrantów z Polski w korzystnym świetle. W dalszym ciągu zajmujemy niechlubne pierwsze miejsce wśród cudzoziemców mieszkających na terenie Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o liczbę popełnianych przestępstw. Zarówno tych najcięższych, jak i pospolitych.
Mowa tu rzecz jasna o liczbach bezwzględnych, bo gdyby liczyć procentowo, to zapewne nie bylibyśmy liderem. Większość wyroków wydawanych przez brytyjskie sądy w sprawach karnych, które dotyczą naszych rodaków, zazwyczaj bywa słusznych, ale tylko zazwyczaj, ponieważ wielu Polaków pada często ofiarami nierzetelnych policjantów, prokuratorów oraz sędziów. Źle zaczyna się dziać już w momencie ustalania sprawcy przestępstwa, a później w postępowaniu przygotowawczym, w samym śledztwie i na końcu podczas procesu. Cudzoziemcy z biednych krajów, a szczególnie tacy, którzy nie znają języka angielskiego, lub nie posługują się nim w tak zwanym „stopniu komunikatywnym”, są bardzo wdzięcznym obiektem do „wrabiania” w poważniejsze lub drobne przestępstwa. Do takich poważniejszych należy niewątpliwie sprawa Jakuba Tomczaka, Polaka oskarżonego o gwałt na mieszkance Exeter. Podstawowym dowodem w jego sprawie były zdjęcia z monitoringu ulicznego - sąd uznał, że osobą podążającą za ofiarą jest właśnie Tomczak, choć ekspert badający na zlecenie rodziny Polaka te same taśmy stwierdził, że są zmontowane, a widoczną z trudem postać nie można ot tak wziąć za oskarżonego.
W anglosaskich systemach prawnych (USA, Wielka Brytania), aby skazać winnego w procesie karnym, należy wykazać jego winę „ponad uzasadnioną wątpliwość”. W praktyce oznacza to mniej więcej 80 procent pewności, że skazany jest winny. Określenie „ponad wszelką wątpliwość” oznaczałoby 100 procent pewności i teoretycznie obowiązuje ono w polskim systemie (i wielu innych europejskich), który każdą wątpliwość każe rozstrzygać na korzyść oskarżonego. W tym przypadku, sąd złamał zasadę domniemania niewinności. Nie dokonano też w sposób satysfakcjonujący wizji lokalnej, sąd nie wziął również pod uwagę tego, że Tomczak wykazał, iż nie mógł być w tym miejscu w chwili, gdy doszło do przestępstwa. Przy badaniu DNA, również popełniono błędy, co miało skutek w postaci zawieszenia lekarza przeprowadzającego analizy. Jednak te trzy fundamentalne kwestie nie zostały wzięte pod uwagę przez brytyjski sąd. Jakub Tomczak został uznany winnym, choć w świetle istniejących dowodów - nie powinien.
Inna nieco mniej głośna sprawa, to przypadek Jolanty Pietrusińskiej, która prowadziła samochód w stanie nietrzeźwym. Fakt zapewne nigdy nie wyszedłby na światło dzienne, gdyby nie uderzył w nią jadący nieprawidłowo samochód prowadzony przez Anglika. Kierowca był trzeźwy i przedstawił swoją wersję wypadku. Policjanci dali jemu wiarę, choć ślady jednoznacznie wskazywały, że to on jest sprawcą.  Pietrusińska konsekwentnie trzymała się swojej wersji. W międzyczasie rzeczywisty sprawca zmarł, jednak nie wskutek obrażeń, lecz na zapalenie płuc.  Niemal natychmiast klasyfikacja czynu zostaje zmieniona - od tej chwili Jolanta Pietrusińska jest  oskarżona o spowodowanie wypadku komunikacyjnego ze skutkiem śmiertelnym. Grozi jej osiem lat więzienia, a nie jak przy poprzedniej kwalifikacji - grzywna. Adwokat namawia, żeby się przyznała, że to ona spowodowała wypadek i gwarantuje jej, że nie pójdzie do więzienia. Przyciśnięta ze wszystkich stron kobieta, sama słabego zdrowia, utrzymująca dwóch niepełnosprawnych synów, godzi się na propozycję adwokata. I to był błąd. Sąd jest bezwzględny - po błyskawicznym procesie Jolanta Pietrusińska trafia do więzienia na osiem lat. Jedyne, co może zrobić, to apelacja, ale nią może zająć się tylko ten adwokat, który prowadził sprawę wcześniej. Owszem mógłby inny, ale brytyjscy prawnicy nie wchodzą sobie w drogę, poza tym poprzedni nie miał już ochoty na spotkanie ze swoją byłą klientką. W Wielkiej Brytanii apelacja może pomóc, ale może też zaszkodzić, ponieważ sądowa instancja może wyrok zmniejszyć, utrzymać w mocy, albo dołożyć do kary. Kobieta zrezygnowała. Do odbycia połowy kary zostało jej jeszcze dwa lata. Ma szansę wyjść na wolność więc nie kusi licha apelacją. Zresztą nie miałaby środków finansowych na wynajęcie prawnika. Brytyjscy adwokaci o tym wiedzą, dlatego za pieniądze, nierzadko robią z przestępców ofiary i na odwrót.
Znany jest także przypadek Jeremiasza Kosińskiego, kierowcy ze Szkocji, który przez trzy lata konsekwentnie walczył z tamtejszą policją, prokuraturą i sądami, o swoje racje. Zarzucono mu, że ubezpieczenie OC na jego prywatny samochód, które wykupił w Polsce, jest w Szkocji nieważne, a przy okazji zlicytowano mu samochód, choć trwał jeszcze proces odwoławczy. Sprawa oparła się o Sąd Najwyższy Szkocji, skąd trafiła do Komisji do spraw   Rewizji Wyroków Sądowych, która wytknęła dziesiątki błędów policji, prokuraturze i sądom wszystkich instancji. Niestety nie każdy Polak jest Jeremiaszem Kosińskim…

Piotr Wójtowicz

fot. dreamstime

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.