Rozmowa z Katarzyną Sawicką-Wiśniewską z Manchesteru, która właśnie jest już krok od wspięcia się na Kilimandżaro…
Wiem, że przeszkadzam, ale chciałem tak na gorąco, przed tą wyprawą…
- Jeszcze Pan nie przeszkadza, ale za godzinę już tak. Jeszcze nie jestem do końca spakowana, a za kilka godzin czeka mnie lot do Amsterdamu. Bardzo się denerwuję, bo pasowałoby wziąć mi więcej rzeczy, ale ograniczenia bagażowe nie pozwalają, więc muszę tak pokombinować, żeby wziąć wszystko, co niezbędne i jednocześnie nie przekroczyć limitu.
A z Amsterdamu…
- … do Nairobi i stamtąd do Tanzanii. Cała podróż, łącznie z dotarciem w okolice Kilimandżaro potrwa około 14 godzin.
Dlaczego akurat Kilimandżaro, mało to atrakcyjnych szczytów w Europie?
- Jest wiele istotnych powodów, dla których wybrałam właśnie tę górę i wszystkie one są dla mnie równie ważne. Moją idolką jest Martyna Wojciechowska, to dla mnie wzór do naśladowania, pochłaniam wszystkie relacje z jej podróży, te napisane i sfilmowane…
I to ona zainspirowała Panią do tej wyprawy?
- Tak, ona mi bardzo imponuje tym pokonywaniem swoich słabości, półtora roku po wypadku, w którym złamała kręgosłup, stanęła na Mount Everest, a przecież jeszcze choruje na astmę. Zdobyła nie tylko najwyższy szczyt świata, ale całą „koronę Ziemi” - najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, łącznie z Kilimandżaro. Poza tym, to dla mnie góra magiczna, ma w sobie coś tajemniczego, przyciągającego i pięknego. Jest bardzo malownicza, nigdy nie mogłam się na nią napatrzeć, na te śnieżne czapy górujące nad soczystą zielenią, muszę to wreszcie zobaczyć na żywo. Jest to też realizacja młodzieńczych marzeń, zawsze pociągały mnie wyprawy i postanowiłam sobie, że jak tylko się usamodzielnię, to zacznę te marzenia realizować. Kolejny powód, to taki, że mam diabelny lęk wysokości, będę więc miała okazję go przełamać, ale jest jeszcze ten najważniejszy - poprzez moją wyprawę chciałabym zachęcić środowiska polonijne w Wielkiej Brytanii do finansowego wsparcia domów dziecka - w Stargardzie Szczecińskim i Tarnowie.
Wybrała Pani trasę trudniejszą od tej najpopularniejszej...
- Tak, choć ta najpopularniejsza - Marangu, zwana też „Coca-Colą” nie jest wcale taka łatwa, choć jest łagodniejsza, a turyści nocują nie w namiotach, lecz górskich chatach. Ja pójdę tą trudniejszą, którą szła Martyna. Dodatkowym powodem mojego wyboru, jest to, że z tego szlaku rozlegają się najpiękniejsze widoki na Kilimandżaro. Wszystkich tras jest sześć, z czego dwie są wybitnie wspinaczkowe i raczej dla doświadczonych alpinistów. I kolejny przyczynek do podróży - lubię mierzyć się z wyzwaniami.
A czy ma Pani za sobą już jakieś wysokogórskie wyprawy, czy ta jest pierwsza?
- Zdecydowanie pierwsza. Chodziłam co prawda trochę po Tatrach, byłam nawet na Świnicy, ale trudno to nazwać doświadczeniem wysokogórskim. Tak więc Kilimandżaro będzie moim debiutem.
A przygotowywała się Pani jakoś do tej wyprawy?
- Oczywiście. Cały rok to trwało, przygotowywałam się zarówno fizycznie, jak i duchowo.
Z tego, co mi wiadomo, to ma Pani dość rzadkie, jak na kobietę także inne hobby…
- Poluję, nurkuję, przymierzam się do skakania ze spadochronem. Największą moją pasją jest nurkowanie. Robiłam to już w Kenii, Zanzibarze, na Malediwach, w Meksyku i innych miejscach.
A jak to wszystko znosi mąż?
- Już się pogodził z tym, że ma nienormalną żonę.
Może jeszcze coś o sobie, jak długo mieszka Pani w Wielkiej Brytanii?
- Od sześciu lat, wcześniej byłam w USA, pracowałam na statku, tam zresztą poznałam swojego męża. Wcześniej mieszkałam w Szczecinie, ukończyłam studia ekonomiczne na tamtejszym uniwersytecie. Tu w Manchesterze jestem współwłaścicielką sklepu spożywczego i menedżerem regionalnym pewnej firmy spożywczej. I mam nadzieję, przyszłą zdobywczynią Kilimandżaro…
Czego szczerze życzymy…
- Dziękuję, postaram się nie zawieść.
Rozmawiał: Janusz Młynarski
fot. Katarzyna Sawick-Wiśniewska - autor: Tomasz Wiśniewski










