Rozmowa z Mariuszem Szumiło, redaktorem naczelnym i właścicielem portalu „Polscott24.com”...
Trudno usłyszeć tak szczere wyznanie jak twoje, na temat powodów, dla których się tu znalazłeś…
- To znaczy?
Nieraz mówiłeś, że głównym i w zasadzie jedynym powodem tego, że pojawiłeś się na Wyspach, była bieda, której ty i twoja rodzina doświadczyliście w Polsce…
- Powód dobry, jak każdy inny i do tego prawdziwy. Nie będę przecież opowiadał, że przyjechałem szukać tu nowych doświadczeń, wyzwań, doskonalić się, ponieważ podobnie, jak większość, która właśnie tak twierdzi, znalazłem się tu, bo w Polsce nie tylko nie dano mi możliwości przeżycia, lecz wręcz uniemożliwiano mi je na wszystkie sposoby.
A ja myślałem, że przyjechałeś tu rozwijać swoją dziennikarską pasję. Skąd w takim razie wziął się pomysł na portal?
- O, to dłuższa historia… Nigdy bym nie przypuszczał, że zostanę dziennikarzem. Skończyłem pewną elitarną szkołę wojskową i wiązałem swoją przyszłość z armią, w której zresztą służyłem jakiś czas, aż przyszło mi się z nią rozstać…
To teraz już wiem, skąd ten pseudonim „Komandos”…
- Nazywano mnie tak, nie tylko przez wzgląd na wojskową przeszłość, lecz również z powodu mojego sposobu działania. Stosowałem to, czego nauczono mnie w wojsku, a pracę traktowałem, jak działania na froncie.
A kto był przeciwnikiem?
- Aferzyści, oszuści, wszyscy ci, którzy szkodzili własnemu krajowi, a szczególnie jego obywatelom.
Zaczynałem w „Gazecie Krasnostawskiej” w niedużym 24-tysięcznym mieście. Przyszedłem dosłownie z ulicy i zaproponowałem swoje usługi. W niedługim czasie zostałem redaktorem naczelnym i dziennikarzem w jednej osobie. Wziąłem się do roboty, biorąc na tapetę władze miasta. Wykryłem aferę, której „bohaterem” był dyrektor miejscowego domu kultury, a chodziło o rozliczenie z pewnej imprezy. Publikowałem artykuły na ten temat, aż wreszcie „zainteresowany” oskarżył mnie o zniesławienie, jednak Sąd Rejonowy w Chełmie, uznał, że to jednak ja miałem rację. I zaczęły się schody, czyli szykany. Gazeta padła i wylądowałem w Lublinie, w „Tygodniku Domowym” i „Express-Faktach”. Reforma administracyjna sprawiła jednak, że i te gazety zaczęły padać, więc musiałem poszukać sobie innego zajęcia. Kupiłem starą Nysę i zacząłem wozić ludzi z Krasnegostawu do Lublina - byłem chyba pierwszym „busiarzem” w Polsce, bo nie słyszałem, żeby w tym czasie, ktoś prowadził podobną działalność. Było dobrze, ale do czasu. Miasteczkowa sitwa, pomna tego, co wyprawiałem z nią w gazecie, zaczęła rzucać mi kłody pod nogi. Nasyłano skarbówkę, policję, zabierano mi w trakcie kursu dowód rejestracyjny, w rezultacie traciłem pasażerów. Zająłem się makulaturą i zwoziłem do skupu, ale wówczas zacząłem tracić także znajomych, bowiem traktowali mnie, jak śmieciarza. Nie miałem już siły, dałem sobie spokój. Było coraz gorzej, często brakowało na chleb, aż wreszcie wyłączono nam prąd. Na dodatek ksiądz nie chciał ochrzcić mi dzieci, bo nie mieliśmy pieniędzy, żeby mu zapłacić…
I tu, jak się domyślam, zaczyna się „szkocki etap” twojego życia...
- Tak. Szukaliśmy zatrudnienia za granicą. Żonie udało się otrzymać pracę w Szkocji, w Aberdeen - znała język, miała odpowiednie wykształcenie. Kilka miesięcy później, kiedy stanęła na nogi, sprowadziła dzieci i mnie. Ale wcześniej był jeszcze cały dzień spędzony na dworcu Victoria w Londynie. Czekałem tam z dziećmi na autobus do Aberdeen i targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony bałem się tego obcego miejsca, ale z drugiej pomyślałem sobie, że gorzej już przecież niż w Polsce, być nie może. I nie myliłem się. Nie przypuszczałem, że Szkoci, to tak wspaniali ludzie. Próbowałem znaleźć jakieś zajęcie, kontaktowałem się z miejscowymi Polakami, ale szkoda gadać. Przypadkiem zajrzałem do kościoła, który znajdował się obok mojego domu. To była świątynia katolicka, ale nie polska. Poznałem tam fantastycznych ludzi i proboszcza. To było dla mnie coś nowego, bowiem po mszy wierni spotykali się przy herbacie i ciastku z księdzem, mówili o swoich problemach. Kiedy ksiądz opowiedział o moich, wszyscy zadeklarowali pomoc w znalezieniu pracy, przynieśli mnóstwo zabawek moim dzieciom, chcieli nawet wspomóc finansowo. Moje dzieci zostały ochrzczone za darmo, proboszcz zresztą bardzo się dziwił słysząc, że w Polsce za chrzest się płaci. Pracę dostałem niemal z dnia na dzień. Najpierw była ferma drobiu i było świetnie dopóki nie pojawili się tam Polacy. Zmieniłem więc pracę, trafiłem do hotelu, gdzie zostałem tzw. konsjerżem, prawą ręką menedżera. Miałem sporą satysfakcję, bo na rozmowy kwalifikacyjne zgłosiło się 10 osób, z czego dziewięć było Szkotami, a jednak to ja zostałem przyjęty, choć mój angielski pozostawiał sporo do życzenia. Zadecydował mój elegancki ubiór i całowanie pań w ręce. Uznano, że potrzeba im kogoś o dżentelmeńskim wyglądzie i zachowaniu. Jak widać polskie maniery starej daty nadal są w cenie. Później zmieniłem zatrudnienie na bardziej samodzielne - pracowałem jako kurier, aż wreszcie uznałem, że czas na powrót, do tego, co było moją pasją i co uważałem za misję. I tak założyłem portal. Nazwa wzięła się stąd, że miejscowi uważają mnie już prawie za swojego i mówią o mnie właśnie - Polscott.
Podobno za żadne skarby nie wróciłbyś do Polski?
- To, co znajduje się między Odrą a Bugiem, to nie Polska. To miejsce, gdzie zwykłego obywatela ma się za nic. Tu, w Szkocji jest mój kraj, bo w Polsce byłem na każdym kroku upokarzany. Mnie i moją rodzinę wpędzono w nędzę, choć robiłem wszystko, by temu zapobiec. Tu potraktowano mnie godnie, tu dostaliśmy pracę, dzieci chodzą do szkoły, tu mogę się realizować, dlatego czuję się lojalny nie wobec Polski, lecz właśnie Szkocji…
Rozmawiał: Janusz Młynarski
fot. Wikipedia