HOME ::: WIADOMOŚCI ::: Wyrok sprawiedliwy?


Wyrok sprawiedliwy?

Jolanta Pietrusińska, odsiadująca 4-letni wyrok za spowodowanie wypadku, w wyniku którego zginął człowiek, twierdzi, że to nie ona była jego sprawczynią i że nikt nie zginął, prawdą jest tylko to, że była nietrzeźwa. Przyznała się w zamian za obietnicę łagodnego wyroku, bo z powodu nietrzeźwości miała marne szanse na skuteczną obronę.

„Walijski sąd skazał Jolantę Pietrusińską na cztery lata więzienia za spowodowanie wypadku, w którym zginął 69-letni Brytyjczyk. 51-letnia Polka prowadziła pod wpływem alkoholu i zapomniała, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje ruch lewostronny” – pisało m.in. Metro.
Jolanta Pietrusińska od kilku lat pracowała w fabryce w 50-tysięcznym Llanelli, w którym mieszka obecnie 10 tysięcy Polaków. Nie wyróżniała się niczym szczególnym – ciężko pracowała, jak  większość rodaków, i sporą część zarobionych pieniędzy wysyłała do Polski, pomagając dwóm niepełnosprawnym synom. Sama zresztą też nie jest najlepszego zdrowia, cierpi na epilepsję i depresję, która po ostatnim wypadku przeszła w ostrzejszą fazę.
Według informacji rozesłanej przez tamtejszą policję do lokalnych mediów, do wypadku doszło 8 maja na trasie Burry Port – Llanelli. Według wersji policji, kobieta jechała niewłaściwą stroną jezdni i zderzyła się z samochodem, który prowadził 69-letni emeryt Terrence Button, wracający z teatru wraz ze swoją przyjaciółką. Policjanci przebadali oboje uczestników wypadku na obecność alkoholu we krwi i okazało się, że mężczyzna był trzeźwy, a u Jolanty Pietrusińskiej stwierdzono jego obecność we krwi, a ilość przekraczała dopuszczany przez brytyjskie prawo limit. Jeśli wierzyć policyjnemu raportowi, to jeszcze po pięciu godzinach od zdarzenia u domniemanej sprawczyni stwierdzono 105 mg alkoholu w 100 ml krwi, czyli 25 mg ponad limit.
Pietrusińska nie dyskutowała z faktami; przyznała, że spożywała alkohol, ale zaprzeczała temu, że to ona spowodowała wypadek. Rozmawialiśmy z nią kilkanaście dni po wypadku, z którego wyszła ze złamaną nogą i obrażeniami płuc. Opowiedziała nam, że tego dnia po pracy była na przyjęciu urodzinowym i piła wino. Po zakończeniu przyjęcia uznała, że jest na tyle trzeźwa, że poradzi sobie z bezkolizyjnym dojechaniem do domu. Nie usprawiedliwiała się, wręcz przeciwnie, twierdziła, że jej wina w tym względzie jest bezdyskusyjna:
- Nie powinnam była wsiadać do samochodu, ale byłam zmęczona pracą i tym przyjęciem, miałam nadzieję, że jakoś się przemknę nocą pustymi ulicami, nie narażając ani siebie, ani nikogo, na kłopoty. I powinnam odpowiadać tylko i wyłącznie za to, a nie za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym.
Kobieta twierdzi, że to Button był sprawcą zderzenia.
Według jej relacji było tak:
Jechała trasą B4311 w kierunku Llanelli, z prędkością 40-50 km na godzinę, kiedy nagle zza zakrętu wyskoczył pędzący z dużą prędkością samochód osobowy. Widać kierowca nie spodziewał się nikogo o tej porze, bo pozwolił sobie na ścięcie zakrętu. Niestety, w tym miejscu, gdzie nikogo się nie spodziewał, jechała jak najbardziej prawidłowo, czyli po właściwej stronie i wolno, Jolanta Pietrusińska. Skutkiem ścięcia zakrętu samochód Buttona, oślepiając wcześniej Pietrusińską, uderzył przodem w prawą stronę jej samochodu. Uderzenie było tak silne, że jej Ford Ka odwrócił się o 180 stopni – na tej podstawie policja wysnuła wniosek, że Polka jechała niewłaściwą stroną jezdni. Policja nie dawała jednak wiary jej relacji, bo po pierwsze: kobieta była nietrzeźwa, po drugie: słabo mówiła po angielsku, wygodniej więc było wysłuchać relacji Buttona.
Mimo wszystko sprawa zapowiadała się na banalną: ot, zwykły wypadek bez ofiar, nietrzeźwy kierowca. Skończy się na grzywnie.
Pietrusińska w ogóle nie brała pod uwagę wyroku skazującego na więzienie, martwiła się tylko skąd wziąć pieniądze na grzywnę. Tak się jednak złożyło, że Terrence Button kilka dni później trafił do szpitala. Nie miało to związku z wypadkiem, bo w nim tylko Pietrusińska odniosła obrażenia. Po dwóch tygodniach Button zmarł. Prokurator powiązał śmierć z wypadkiem, choć mężczyzna zmarł na serce. Wówczas to adwokat Polki, który wcześniej forsował wersję swojej klientki, nagle zmienił linię obrony i zaczął ją namawiać, by odwołała poprzednie zeznania i przyznała, że to ona spowodowała wypadek. Straszył, że jeśli tego nie zrobi, to sąd skaże ją na wieloletnią karę pozbawienia wolności, lecz jeśli się przyzna, do więzienia nie pójdzie. Zastraszona kobieta posłuchała prawnika i przyznała się.
Jeden z walijskich adwokatów, który na razie nie chce ujawniać swego nazwiska, twierdzi, że Polka została wrobiona w coś, czego nie zrobiła. Jedyną jej winą jest to, że prowadziła pod wpływem alkoholu. Uważa, że zarówno miejscowa policja, jak i prokurator Patrick Griffiths, popełnili wiele błędów.
- Jeśli samochód pani Pietrusińskiej jechał niewłaściwym pasem, to byłaby uszkodzona lewa, a nie prawa strona pojazdu – wyjaśnia. - Jeśli wracała do domu w Llanelli, to dlaczego pozycja jej samochodu wskazywała, że jechała w kierunku Burry Port, czyli przeciwnym, czy osoba ze złamaną nogą byłaby zdolna dokonać jakiegokolwiek manewru, żeby tę pozycję zmienić? Czy na pewno istnieją niezbite dowody na to, że śmierć Terrence’a Buttona była następstwem wypadku? Czy zbadali to biegli? Dlaczego natychmiast po śmierci Buttona adwokat zmienił linię obrony, wbrew interesom swojej klientki. Może chodziło o wyłudzenie odszkodowania?

Mamy nadzieję, że te pytanie nie pozostaną bez odpowiedzi, do uzyskania której również zamierzamy się przyczynić.

Janusz Młynarski

Komentarze (0)
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img]   
:D:angry::angry-red::evil::idea::love::x:no-comments::ooo::pirate::?::(
:sleep::););)):0
Bezpieczeństwo
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.
VIDEO
Czy Bronisław Komorowski będzie dobrym prezydentem?