Nie przenoście nam Cadbury do „Polandu”!
- Niebawem przeniosą do Chin naszą królową z wraz pałacem Buckingham, a British Museum do Mongolii – denerwuje się antykwariusz z Soho na wieść o tym, że coś tak brytyjskiego, jak fabryka słodyczy Cadbury, przenosi swoją produkcję do Polski.
Rolls Royce, Jaguar, Harrods, klub piłkarski, British Telcom, British Petroleum, dziennik The Times Chelsea, czy Manchester United, że wymienić tylko kilka marek nieodłącznie kojarzących się z Albionem, nie są już własnością Brytyjczyków. A głównym winowajcą jest idea wolnego rynku, której nowoczesne fundamenty powstawały właśnie tu, na Wyspach, za sprawą Adama Smitha i Davida Ricardo.
Widzialna tym razem ręka wolnego rynku dosięgła również Cadbury. 19 stycznia amerykański potentat na rynku spożywczym Kraft Food Cadbury ogłosił, że zamyka brytyjską fabrykę czekolady w Keynsham, koło Bristolu. Tydzień później dowiedzieliśmy się, że fabryka zostanie przeniesiona do… Polski. W związku z tą decyzją pracę straci tam 400 osób. Nic dziwnego, że spowodowało to nie tylko falę protestów, ale wpłynęło również na nastawienie do miejscowych Polaków. Nie trzeba dodawać, że negatywne. Przeniesienie produkcji z Keynsham do polskiego Skarbimierza nie jest jednak pomysłem nowego właściciela. Pracownicy mieli czas na oswojenie się z tym faktem, bo poprzedni właściciel ogłosił to już trzy lata temu i zainwestował tam w budowę nowego zakładu ponad 100 mln funtów. Dodajmy, że był to brytyjski właściciel. Wówczas protesty miały charakter i tamtejszym Polakom nieźle się oberwało, na szczęście tylko słownie. Ale nie było to zbyt przyjemne, bo naszym rodakom wytykano, że zostali tutaj serdecznie przyjęci, że Wielka Brytania dała im pracę, a oni nie dość, że z niej korzystają, to jeszcze zabierają Brytyjczykom. „Wynoście się do siebie” wykrzykiwali sfrustrowani mieszkańcy przyfabrycznego osiedla. Później zapanował spokój i wydawało się, że wszystko przyschło, ale ma początku lutego przedstawiciel Kraft Food poinformował załogę, że jej dni, a właściwie miesiące, są policzone – w 2011 roku ruszy produkcja w Polsce. Zakład w Keynsham słynie z produkcji m.in. batonów czekoladowych Picnic. Jest jednym z ośmiu należących do Cadbury, a znajdujących się na terenie Wielkiej Brytanii i Irlandii. Kraft Food zapłacił za całość prawie 20 miliardów dolarów. Dzięki temu zakupowi stał się prawdziwym czekoladowym gigantem – jest obecnie największą firmą na świecie produkującą słodycze. Inną sprawą jest to, że nowi właściciele nie do końca postąpili uczciwie z załogą, bo w trakcie finalizowania zakupu obiecywali, że o żadnym przenoszeniu produkcji nie mowy. Nawet premier Gordon Brown interweniował u Krafta, żeby robić wszystko, co możliwe, by uniknąć zwolnień. Zarząd Krafta przyciskany przez media, a głównie przez The Guardian i BBC, tłumaczył, że początkowo rzeczywiście planował pozostawienie zakładu w spokoju, ale po powtórnym przeanalizowaniu sytuacji uznał, że inwestycje, które poczyniono w Polsce, są zbyt duże, żeby machnąć na nie ręką – wystarczy powiedzieć, że nowy zakład jest już właściwie gotowy i rozruch techniczny rozpocznie się już połowie tego roku. Żadna, nawet najbogatsza firma, nie może sobie pozwolić na wyrzucenie w błoto 100 milionów funtów. Los załogi jest więc przesądzony.
- Na razie jest spokój – mówi Wojciech Grzywa, kierowca w firmie kurierskiej, mieszkający w pobliżu fabrycznego osiedla. - Ale niektórzy już patrzą się na mnie spod oka. Dyskusje w pracy też zaczynają być ostrzejsze. Temat wiadomy, taki sam, jak trzy lata temu: „my was z sercem na dłoni, jecie angielski chleb, a wy nam zabieracie pracę.
Grzywa obawia się, że napięcie będzie rosło w miarę zbliżania się terminu zwolnień. Jego zdaniem mogą wybuchnąć dzikie strajki, mogą stanąć wszystkie zakłady Cadbury w UK i Irlandii, zatrudniające łącznie 6 tysięcy pracowników.
Spełnienie się prognoz Wojciecha Grzywy jest całkiem możliwe. Fabryka Cadbury to, na dobrą sprawę, jedyny pracodawca w okolicy. Wielu pracowników jest jedynymi żywicielami rodziny, niejeden z nich wziął kredyt na dom, czy na samochód. To wszystko trzeba spłacać. Logika jest następująca – jesteśmy Brytyjczykami i w swoim kraju nie możemy dostać pracy, a Polacy, którzy zabrali nam naszą fabrykę, siedzą nadal u nas i zajmują nam miejsca pracy. Powinni się wynieść do siebie i zwolnić je dla tych 400 osób. Niby logiczne, ale tylko pozornie, bo większość zwalnianych pracowników fabryki słodyczy nie potrafi robić nic innego, poza produkcją batonów i czekoladowych jajek. Toteż, gdyby nagle Polacy opuścili Bristol i okolice, to niewiele by to zmieniło – nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi chyba, że z dnia dzień byli pracownicy fabryki batonów potrafiliby się przekwalifikować na kierowców autobusu, spawaczy, elektryków, czy murarzy.
Protesty będą się wzmagać nie tylko w miarę przybliżania się terminu zamknięcia fabryki. To również dobra okazja dla związków zawodowych do zaistnienia i pole do popisu dla Brytyjskiej Partii Narodowej, która zawsze pojawia się w miejscach gdzie szykuje się jakiś konflikt społeczny. Wróg, czyli imigrant, został już namierzony. Co dalej – wiadomo. W internecie powstała już strona, na której można wyrazić swoje niezadowolenie lub protest przeciw zamknięciu fabryki: savecadburys.co.uk., a na YouTube można posłuchać nawet protest songu.
Janusz Młynarski
Demonstracja pracowników przed Pałacem Westminster / fot. © LaPresse





