
Mecz Polska-Węgry, był ostatnim spotkaniem naszej reprezentacji w tym sezonie. Sprawdzian wypadł pozytywnie. Wygraliśmy 2:1, ale nadal słabym ogniwem jest obrona oraz skuteczność strzelecka. Dobrze natomiast radziliśmy sobie w tzw. stałych fragmentach gry.
W pierwszej połowie, „biało-czerwoni” narzucili swoje warunki gry i chociaż trener Franciszek Smuda, w porównaniu do przegranego meczu z Włochami wprowadził aż dziewięć zmian (zostali tylko Arkadiusz Głowacki i Jakub Błaszczykowski), to jednak drużyna radziła sobie całkiem nieźle.
Już po czterech minutach gry, mogliśmy prowadzić i to dwubramkowo, lecz najpierw Kuba po akcji z Pawłem Brożkiem uderzył z 15 metrów minimalnie niecelnie, a za moment Adrian Mierzejewski trafił tylko w boczną siatkę. To on także wywalczył piłkę w środku pola, to on podał do Jakuba Błaszczykowskiego, on też strzelił kąśliwie na bramkę. Do tego stopnia, że węgierski golkiper, Adam Bogdan zdołał tylko sparować przed siebie uderzenie, z czego skwapliwie skorzystał Brożek, posyłając piłkę do siatki.
Jakim cudem, Mierzejewski nie strzelił gola, wie tylko on sam - po podaniu z prawej strony Grzegorza Wojtkowiaka uderzył z pierwszej piłki, z lewej nogi, ale bramkarz Węgrów jakimś cudem obronił nogą. Za moment pomocnik Trabzonsporu dowiódł, że strzały prawą nogą również są jego domeną, gdyż przy próbie z 15 metrów tak skoncentrował się na sile kopnięcia, że zapomniał o precyzji. W efekcie piłka - zamiast do bramki - przeszła nad poprzeczką.
Później do głosu doszli Węgrzy i łatwo doprowadzali do sytuacji strzeleckich, zwłaszcza po zejściu Dariusza Dudki. W 51. minucie, Fabiański wypuścił trudną piłkę po dośrodkowaniu, ale obronił strzał Priskina i dobitkę Komana, za co publiczność skandowała jego nazwisko. Groźnie było także po podaniu z prawej flanki Vladimira Komana do Zoltana Gery, którego nasi obrońcy kryli niezbyt skutecznie. Całe szczęście dla Łukasza Fabiańskiego, kapitan Węgrów nieczysto trafił w piłkę. Z kolei uderzenie Priskina z 16 metrów (62. minuta) obronił dobrze ustawiony golkiper Arsenalu.
Polska defensywa zdrzemnęła się przy akcji Akosa Eleka prawym skrzydłem. Elek zagrał na pierwszy słupek, a Priskin uderzeniem z powietrza w krótki róg pokonał Fabiańskiego. Za moment, po stracie Wojtkowiaka, w sytuacji sam na sam z Fabiańskim znalazł się Gera, ale nasz bramkarz obronił nogami. Strzeleckiego „jeża” ma ostatnio w kadrze Robert Lewandowski. W Borussii strzela gola za golem, ale w meczach kadry, choć dwoił się i troił, do siatki nie zdołał trafić. Przeciwko Węgrom zagrał ledwie 24 minuty, a w tak krótkim czasie miał aż cztery „setki”, w tym zwłaszcza tę pierwszą, gdy w idealnej pozycji główkował szczupakiem, ale z 6 metrów nie trafił w światło bramki. Napastnik Borussii, po akcji Błaszczykowskiego, wywarł presję na Vilmosie Vanczaku i ten wpakował sobie piłkę do siatki.
Z dobrej strony, w drugiej linii pokazał się Dariusz Dudka, który rozegrał 60. mecz w barwach narodowych, więc trafił do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Lwią część, aż 58 spośród tych spotkań, Dudka rozegrał z Orłem na piersi, ale ostatnie dwa już z godłem PZPN-u, które się nikomu nie podoba oprócz chyba Grzegorza Laty. W geście protestu przeciw wysokim cenom biletów i zdjęciu Orła Białego z koszulek piłkarzy, zdecydowana większość kibiców została w domach, a ci którzy przyszli, najgłośniej skandowali: „Gdzie jest Orzeł?!”.
Do Poznania zawitało też kilkudziesięciu fanów piłki z Węgier. Po odśpiewaniu hymnu i swej ulubionej przyśpiewki: „Iya! Iya! Hungaria!”, rozwiesili transparent takiej treści: „Polak, Węgier - dwa bratanki - i do szabli, i do szklanki”, który został przywitany brawami.
Murawa Areny Poznań wymieniana była już siedem razy i ciągle daleka jest od trawnika, którym bez poczucia wstydu moglibyśmy podjąć ekipy grupy C na Euro 2012.
- Byłem na murawie, w ogóle się nie zrosły jej części, widać przerwy między nimi. Mam chyba lepszą trawę w ogródku - żartował komentator TVP Dariusz Szpakowski.
Poznań ma 205 dni na przygotowanie lepszego trawnika. Do jedenastu razy sztuka? (jj)
fot. Paweł Brożek - Wikipedia