Friday, Oct 31st

Last update08:56:59 AM GMT

Kto doniósł do councilu?

Sąsiadka przemyka przez myśl. Irańczyk w kuchni. Sąsiedzi, których nie ma. Molestujący na schodach. Wąsacz w naszych rękach. Viktoria odkrywa uroki dżinu. Kolega - morderca.

Tego wieczoru Ben nawiedzał mnie jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem próbował się wbić do mnie na dłużej, ale nie zapraszałem go do wewnątrz tłumacząc, że koleżanka źle się czuje i tu wskazywałem na tapczan, na którym leżała pojękując.  Udawała oczywiście - uznaliśmy wspólnie, że tym sposobem zniechęcimy Bena do odwiedzin. Przyszedł po godzinie twierdząc, że zostawił u mnie paszport i jakieś ważne papiery. Wpuściłem, żeby sobie poszukał, ale nie znalazł, więc poszedł sobie. Ta wizyta była, tak naprawdę, ostatnią w tym domu i ostatnim spotkaniem z Viktorią. Kolejne dni spędzała już ze mną. A wyglądało to tak: pukanie do drzwi, ja szybko zrywam się do komputera, że niby coś piszę, mówię: „proszę”, ona wchodzi: „Przepraszam, że przeszkadzam, ale ja tylko na chwilę. Chciałam się dowiedzieć, czy...” tu za każdym razem padały jakieś banalne pytania w rodzaju: „która godzina?”, „czy metro jeździ w niedzielę?”, „jaka pogoda będzie w poniedziałek?” Odpowiadałem jej, nie odrywając głowy od monitora. Wpadała tak, co dziesięć minut, więc wreszcie zdenerwowany tym, zaproponowałem złośliwie, żeby już nie wychodziła, bo to nie ma sensu, skoro za chwilę znów ma przyjść. Chyba nie wyczuła tej ironii, bo skorzystała - niestety - z mojej propozycji i zadomowiła się. Nie zadawała już żadnych pytań, widać wystarczyło jej, że już nie jest sama. Kiedy oglądała sobie brzuch w lustrze przemknęło mi przez myśl czy nie zainteresować się nią na poważnie, na szczęście tylko przemknęło.

***

Bywając ostatnio w kuchni, natykałem się na jakiegoś egzotycznego faceta. Ponieważ był uprzejmy i nie robił durnych min, zagadałem do niego za którymś razem. Przyjechał z Iranu, studiuje informatykę. Od razu go polubiłem chwaląc przy okazji prezydenta Iranu, że ma głęboko w zadku jankeskie naciski. Shoresh, bo tak ma na imię nowy lokator nie jest akurat zwolennikiem obecnych władz swojego kraju, ubolewa, że panuje tam ustrój, jaki panuje, ale w tym względzie akurat je popiera i nie cierpi Ameryki. To coś tak jak ja, też Ameryki nie cierpię, a jeśli chodzi o władze mojego kraju to też nie jestem ich zwolennikiem tyle, że bez wyjątków.

***

Ostatnio moje stosunki z pakistańską „majority” w moim domu, nie są najlepsze, o czym już zresztą pisałem wcześniej. Mam nawet wrażenie, że pogarszają się z dnia na dzień, że coś wisi w powietrzu.
Zapadał zmierzch, siedziałem w fotelu myśląc ze wstrętem o pisaniu kolejnego artykułu, kiedy usłyszałem ciche pukanie. Nie mogła to być Viktoria, bo wyszła do koleżanki na urodziny kilkanaście minut wcześniej. Żeby się przekonać kto to, wystarczyło powiedzieć „proszę”. Powiedziałem. To był „Mustasz”. Ze złośliwym uśmieszkiem poinformował mnie, że landlord, czyli Omar chce się ze mną widzieć. Zazwyczaj było tak, że jeśli Omar miał jakąś sprawę, to sam przychodził do mnie, tym razem było inaczej. Skojarzyłem ten fakt, ze złośliwym uśmieszkiem „Mustasza” i doszedłem do wniosku, że sytuacja jest nadzwyczajna. Omar przechadzał się przed sklepem rozmawiając przez telefon. Skinął ręką, żebym poczekał. Poczekałem. Niedługo, na szczęście. Chodziło o to, że mieszka u mnie jakaś dziewczyna i że głośno imprezujemy, tak głośno, że skarżą się sąsiedzi, z przyległego budynku. Tak im to przeszkadza, że zawiadomili jakiś wydział w „councilu”, wskutek czego miał odwiedzić Omara jakiś facet stamtąd i miał również odwiedzić mnie. Wyjaśniłem Omarowi, że dziewczyna nie mieszka, lecz przychodzi w odwiedziny i czasem zostaje, gdy nie chce się włóczyć po nocach. Imprezować też nie imprezujemy, czasem tylko muzyka jest zbyt głośno. Zbyt głośno? Na pewno ciszej niż w przeszłości. Omar pokazał mi pismo z „councilu”. Z treści wynikało, że w budynku, w którym mieszkam, ktoś okropnie hałasuje, włączając muzykę i - jeśli - będzie się to powtarzać, podjęte zostaną stosowne kroki prawne. Jeszcze tego samego dnia, odwiedziłem lokatorów sąsiedniego budynku. Zastałem tam jakiegoś osobnika w średnim wieku, jak się okazało Egipcjanina. Był bardzo grzeczny, przyjaźnie usposobiony. Zaprzeczał jakoby on, lub ktokolwiek z tego domu słał jakieś pisma ze skargami, a to z prostej przyczyny - w tym budynku nikt od dłuższego czasu nie mieszka, a on sam też bywa raz na kilka dni i nigdy nie nocuje. Poprosiłem, żeby przeszedł się ze mną do Omara. Zgodził się. Omar pokazał mu pismo i usłyszał to samo, co ja wcześniej - żadnych skarg - przynajmniej on - nie pisał. Mój landlord nieźle się zafrasował: - Kto wobec tego złożył skargę? Facet z Egiptu nie miał najmniejszego pojęcia, natomiast ja nie miałem już wątpliwości, że to ten wymoczek z wąsami - „Mustasz”. Opowiedziałem o tym Viktorii i zdecydowaliśmy, że trzeba zrobić porządek z niektórymi przedstawicielami „majority”, bo jeśli będziemy ustępliwi, to wejdą nam na głowę. Uzgodniliśmy, że teraz z byle g... będziemy nawiedzać Omara, ale okazało się to niepotrzebne. Pewien incydent bowiem sprawił, że „Mustasz” i jego poplecznicy położyli uszy po sobie. A oto co się wydarzyło. Viktoria wróciła właśnie z pracy. Gdy szła po schodach, jeden ze współlokatorów „Mustasza” zastąpił jej drogę, uszczypnął ją w tyłek i domagał się, by go pocałowała grożąc, że gdy tego nie zrobi, nie przepuści jej. Ja w tym czasie byłem w swoim pokoju, ale drzwi były otwarte. Usłyszałem: - Odwal się chamie! - to bez wątpienia był głos Viktorii. Sądziłem, że te słowa są skierowane do Bena, że znów wrócili do siebie. Kiedy po raz drugi usłyszałem te słowa, tym razem już wykrzyczane, postanowiłem interweniować. Nie był to Ben, lecz Pakistańczyk, który mieszkał z „Mustaszem”. Obłapiał Viktorię, a ta próbowała się uwolnić.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknąłem do niego.
- A nic, tak sobie żartujemy - odpowiedział uśmiechając się głupawo i puszczając Viktorię. Była wyraźnie wzburzona, a kiedy już miała wolne ręce trzasnęła go w twarz tak mocno, że aż się zatoczył. Pewnie by jej oddał. Zaprowadziłem ją do mojego pokoju, a kiedy już doszła do siebie powiedziałem, że trzeba o tym powiedzieć Omarowi i to natychmiast. Wahała się, ale po chwili przyznała mi rację: - Zobaczysz, będą chodzić jak w zegarku. Właśnie schodziliśmy po schodach, kiedy ze swojego pokoju wyszedł „Mustasz”. Zobaczył zapłakaną Viktorię i zapytał co się stało.
- Nie udawaj, że nie wiesz! - odpowiedziałem za nią. - Twój kolega napastował seksualnie Viktorię. Właśnie idziemy do landlorda i na policję też zamierzamy to zgłosić, a za molestowanie można nieźle posiedzieć. Przy okazji okaże się, kto z lokatorów jest tu legalnie, a kto nie.
Wąsaty zbladł, próbował coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa, wreszcie z trudem wykrztusił: - Ale po co zaraz policja i po co landlordowi o tym mówić, przecież to na pewno były żarty.
- Ty donosiłeś cały czas na mnie, to teraz my doniesiemy na twojego kumpla. Ciebie też przypiłuję, na pewno coś się znajdzie.
„Mustasz” płaczliwym głosem zaczął błagać, żeby tego nie robić, że ten koleś ma w Pakistanie żonę i pięcioro dzieci, że jest on jedynym źródłem utrzymania. Powiedziałem mu, że muszę naradzić się z Viktorią, że wszystko zależy od jej decyzji. Znów udaliśmy się do mnie. Uzgodniliśmy, że nie powiemy o tym nikomu, ale dzięki temu będziemy mieli ich w swoich łapach, już żaden z nich nam nie podskoczy. Zawołaliśmy go po zakończeniu narady. Miałem świadomość, że to szantaż, ale w inny sposób nie można było uzdrowić sytuacji. To był jedyny sposób, by tym domu znów zaczęło być normalnie. - Masz szczęście, bardzo wielkie szczęście, a twój kumpel jeszcze większe. Niech to będzie dla was ostrzeżeniem. To nieładnie donosić i jeszcze przy tym kłamać. „Mustasz” wylewnie dziękował i zarzekał się, że to już się nie powtórzy.
Później jeszcze długo rozmawiałem z Viktorią na temat tego, co się wydarzyło. Nie rozumiała dlaczego ów facet ją tak potraktował. A cóż tu jest do rozumienia?! Chłop się nasłuchał, że wschodnie Europejki są łatwe, więc jak tylko nadarzyła się okazja, to od razu, do jednej z nich z łapami. Niestety, te opinie nie biorą się znikąd i spora zasługa w tym Polek, mam zresztą sporą wiedzę na ten temat i przyznam, że nawet mnie włosy stają na głowie, kiedy słyszę, lub podsłucham różne opowieści i to nie od mężczyzn bynajmniej.

***

Viktoria zaliczyła już pierwszą imprezę bez swojego oblubieńca - była na urodzinach u swojej koleżanki. Wróciła bardzo szczęśliwa, bo wypiła więcej niż jej się zazwyczaj zdarza. Odkryła uroki dżinu - wypiła trzy szklanki, choć zazwyczaj pozostawała przy jednej. Też mi odkrycie - oczywiście, że trzy szklanki są lepsze, niż jedna, mam na myśli pełne szklanki rzecz jasna. Nieraz jej to zresztą mówiłem. To, że Viktoria nabrała przekonania do picia większych ilości alkoholu może być jednak niebezpieczne. Chyba nawet, już zaczyna być, bo ciągle mówi o tym dżinie i ostatnio nawet sama sobie popijała - nie mogłem jej towarzyszyć, bo przez tę pogodę i bez alkoholu byłem wystarczająco skołowany.

***

Stało się! Viktoria ma 10 dni urlopu. Nie przeżyję! Nie wiem jak to się stało, ale udało się jej wyciągnąć mnie na jakieś łażenie po sklepach, co nigdy nikomu się nie udało! Mam nadzieję, że ten jeden z moich - co tu dużo mówić - nielicznych dobrych uczynków, zostanie mi policzony w Niebiosach. Gdy już całkowicie wypluty wychodziłem z nią z metra, spotkaliśmy Ahmeda w towarzystwie jakiejś pary. Mężczyzna miał na imię Zefar, podchodził z tej samej miejscowości, co Ahmed. Właśnie wyszedł z więzienia po 12 latach odsiadki, a trafił tam za zabójstwo żony, która go zdradzała. Później się okazało, że go nie zdradzała, ale problem w tym, że to było później. Zefar ma już nową żonę, która jest siostrą... tej zabitej.  Cdn.

Janusz Młynarski

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com