Saturday, Nov 01st

Last update08:56:59 AM GMT

Turek, czyli Boniek. Za co nie lubią nas Chorwaci

Jakieś 300 metrów od mojego domu, znajduje się niewielki bar z kanapkami i kawą. Wpadam tam, kiedy w „moim” coffee shopie nie ma miejsca. Właścicielem jest  Kemal, Turek ze Stambułu. Przebywa w Londynie od kilku ładnych lat.

 

Tydzień temu przyjechał jego ojciec. Ma 80 lat, wysoki, żylasty, ale wygląda zdecydowanie młodziej - mało zmarszczek, trzyma się prosto. Kemal twierdzi, że jego ojciec mówi po polsku, czym - nie ukrywam - trochę mnie zaskoczył. Posadził ojca przy moim stoliku. Wstałem, przedstawiłem się, a on na to - „Guten morgen”. Moja znajomość niemieckiego ogranicza się do „Hitler kaput”. No, może jeszcze kilka słów bym wygrzebał. I wygrzebałem:
- Sprechen sie Deutsch?
Staruszek wyraźnie się ucieszył:
- Ja, natürlich - odpowiedział.
- Und Polnische? - drążyłem.
Staruszek nie zakumał, ale Kemal mu coś powiedział i dziadunio jeszcze bardziej się rozpromienił.
- Cieść Boniek, Siewinska, Lubanszky, ila maczie żelazko, ila szuszarka, ila namiot. Zaprasziam na dużo dobro złoto. Tanio. Pani uszandzie i napija szia kuka kuli. Ila pani dolar potebujesz. Gud Boniek, Dejna i Gurszki.
Najpierw myślałem, że chodzi o polskie gruszki. Może go jakiś Polak poczęstował, ale po chwili zorientowałem się, że chodzi o Kazimierza Górskiego.
Ojciec Kemala patrzył na mnie prezentując w uśmiechu niekompletny garnitur zębów.
- Szuszarka tri dolara, butyla gazowa dżeszancz dolara. Jezy Kulej.
- Dobry jest jego polski? O czym on mówi? - zainteresował się Kemal.
- O suszarce i butli gazowej - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- O czym?! Mój Boże, on chyba zwariował! Jakie butle, jakie suszarki?! O co tu chodzi!?
Ojciec Kemala przez kilkadziesiąt lat handlował na największym bazarze w Stambule. Lata 70. i 80. ubiegłego stulecia to czas, w którym nieprzebrane rzesze Polaków udawały się na wycieczki handlowe do Turcji. Przywożono stamtąd dżinsy, kożuchy, kurtki skórzane, tekstylia, złoto, ale przede wszystkim dolary. Nawet osoby, które udawały się tam turystycznie, były do handlu niejako zmuszone.
W owym czasie bowiem, nie można było posiadać zagranicznej waluty i jeśli ktoś wybierał się do kraju kapitalistycznego, to musiał złożyć podanie o przyznanie dewiz. Osobie dorosłej przysługiwało 30 dolarów, a niepełnoletniej 15. Z taką kwotą nie było szans przeżyć więcej niż trzy dni, nawet w taniej Turcji. Dlatego zabierano ze sobą żelazka, suszarki, namioty, butle gazowe i inny sprzęt turystyczny, który był tam wyjątkowo drogi oraz kryształy. Turcy płacili całkiem nieźle. Później pozostawało już tylko przemycić do Polski zarobione dolary. Ojciec Kemala ma czterech synów i dwie córki. Wszystkich dobrze wyposażył dzięki handlowi z Polakami, a córki wyszły za mąż za bogatych ludzi. Staruszek przyjechał nie tylko w odwiedziny, ale z pewnym pomysłem na biznes. Kemal nie chciał zdradzić, jaki to pomysł, żeby ktoś nie podkradł.

***

Dalszy ciąg dnia też był biznesowy. Wlokłem się po schodach do mojego pokoju, kiedy ze swojego lokum na pierwszym piętrze wyjrzał Omar. Zdziwiło mnie to, że nie jest w sklepie na dole, kiedy panuje tam największy ruch. Okazało się, że przyjechał kolejny wujek, kuzyn czy inny brat z Pakistanu i inny brat, który jest tu dłużej, przysposabiał nowicjusza do pracy w sklepie. Kiedyś pytałem Omara, jak to jest, że większość sklepów opanowana jest przez Hindusów lub Pakistańczyków. I oto, co powiedział mi Omar.
Kiedy ktoś z naszej rodziny, bliższych lub dalszych znajomych jest w biedzie, wtedy organizujemy spotkanie kilku lub kilkunastu ludzi, naszych rodaków, którzy mają tu sklepy, pralnie i inne interesy. Zrzucamy się na paszport, wizę i przelot. Kiedy już przyjedzie, zapewniamy mu mieszkanie i wikt. Uczymy go, na czym polega prowadzenie biznesu.  Analizujemy, co na danej ulicy najlepiej się sprawdzi - czy pralnia, czy bar, czy sklep i w zależności od tego kupujemy wyposażenie oraz towar. Zazwyczaj szukamy budynku mieszkalnego z lokalem użytkowym na parterze. Jest więc mieszkanie dla właściciela, są pokoje do wynajęcia dające dochód i oczywiście biznes na parterze. Biznes rusza i rusza spłacanie długu zaciągniętego wobec nas, czy innych rodaków, którzy pomogli. Jeśli interes nie idzie dobrze, dokładamy pieniędzy. Nie ma czegoś takiego, jak egzekwowanie długów, straszenie czy przemoc. Możemy sobie na coś takiego pozwolić, bo jesteśmy uczciwi wobec siebie. Nasz wychowanek, zazwyczaj po roku, zatrudnia już kolejnych ludzi i tak w kółko. Od lat obserwuję Polaków i jestem pewien, że zorganizowanie czegoś takiego z nimi nie powiodłoby się. Na pięciu uczciwych znajdzie się jeden, który ukradnie pieniądze i zniknie. Dlatego nie robię z Polakami interesów, bo trudno nazwać nimi zakup kilkudziesięciu słoików z polskimi potrawami i chleba. Nigdy nie słyszałem tak długiego monologu w wykonaniu Omara, który dodał jeszcze, że w Pakistanie prawie każdy mówi po angielsku, dzięki czemu przybysze nie mają problemów z barierą językową. Co by nie powiedzieć, racji trochę ma. Trudno mi sobie wyobrazić, by tu, w Anglii, kilku Polaków np. złożyło się na takie wsparcie dla rodaka. Jeśli już, to w razie niepowodzenia w biznesie natychmiast pojawiliby się łysole z bejsbolami, by wyegzekwować dług.

***

Zawsze byłem przekonany, że Chorwaci lubią Polaków. Miałem podstawy, bo nieraz miałem okazję przekonać się o tym w tym pięknym kraju, ale pewni dwaj, których poznałem w pubie, musieli coś do nas mieć, bo na wieść o tym, że jestem Polakiem zrobili nieprzyjemne maski. Postanowiłem poznać przyczyny.
- Przykro mi to słyszeć, ale musicie mieć chyba jakieś złe doświadczenia - zagaiłem.
- Mamy bardzo złe, a wynieśliśmy je z pracy - powiedział ten niższy i szczuplejszy, po czym zamilkł. Sprawiał wrażenie bardziej agresywnego i zamkniętego w sobie, ale akurat wstał od stolika i wszedł do pubu, prawdopodobnie po kolejne piwo. Drugi natomiast sprawiał wrażenie daleko milsze, może dlatego, że był nieco misiowaty i miał szeroką twarz. Nie musiałem go pytać, sam zaczął mówić. Są braćmi. Przyjechali na Wyspy jako uchodźcy, kiedy nad Adriatykiem szalała wojna. Pracują w jakiejś dużej firmie budowlanej, która zatrudnia sporo Polaków, a jeszcze kilka lat temu nie było tam ani jednego. Na początku nasi rodacy sprawiali miłe wrażenie, jednak jak się okazało, były to tylko pozory. Wyszło na jaw, że większość z nich to donosiciele, hipokryci i kłamcy.
- Nie twierdzę, że wszyscy, ale tych, co poznaliśmy, to prawie wszyscy. Najgorsze jest to, że co innego mówią w oczy, a co innego za plecami. Żeby jeszcze donosili szefom o tym, co wydarzyło się naprawdę, ale to prawie same kłamstwa. Na początku niektórzy menedżerowie im wierzyli i przez to dwanaście osób zostało zwolnionych. Na ich miejsce przyszli Polacy, którzy naprawdę zaczęli kraść. Czy u was rzeczywiście jest taka bieda, że posuwacie się do takiego obrzydlistwa jak donoszenie, jak fałsz, żeby tylko zdobyć pracę?
Cóż mogłem mu odpowiedzieć, skoro on poznał właśnie takich Polaków. Mało tego, przez te kilkanaście lat pobytu i pracy w UK poznał ludzi z różnych stron świata i nigdy z czymś takim się nie spotkał. Do rozmowy włączył się ten drugi, który wrócił z piwem. Opowiadał, jak moi rodacy kradli farby i lakiery, a mówili, że to inni. Sami się obijali, pili, a donosili na tych, którzy akurat tego nie robili. On zna tylko jednego przyzwoitego Polaka, jakiegoś Mariusza, z którym pracuje.
Szczupły patrzył mi w oczy, tak, jakby chciał mnie do czegoś sprowokować. I pewnie by sprowokował, gdybym miał za sobą trochę więcej piw. Drażnił mnie ten jego ironiczno-pogardliwy uśmieszek, który mówił „jesteś takim samym Polaczkiem jak tamci”. Gorączkowo szukałem jakiś kontrargumentów, które przemawiałyby na naszą korzyść, ale - przynajmniej na razie - nie znalazłem. Wybrałem więc przytakiwanie. Mało tego, podawałem jeszcze bardziej ohydne przykłady potwierdzające ich opinie. Wiedziałem, że tylko w ten sposób mogę ich sobie zjednać. To zjednywanie nie było, rzecz jasna, sztuką dla sztuki, lecz przygotowaniem do ofensywy, którą zamierzałem w bardzo bliskiej przyszłości przeprowadzić - dałem sobie na to pół godziny. Miałem nosa - Chorwaci zmienili front, na razie - co prawda - tylko wobec mnie, ale reszta już była kwestią czasu. W pewnym momencie szczuplejszy (niestety, zapomniałem jego imienia, podobnie jak jego towarzysza) zapytał mnie, czy jestem Żydem. Owszem, jestem leciutko brodaty, ale nos mam prosty. Kiedyś pewien pijany wszechpolak uznał mnie, z przyczyn zresztą niewiadomych za Żyda. Kiedy zaprzeczyłem powiedział, że właśnie po tym Żyda poznać, że swojemu żydostwu zaprzecza.
- A gdybyś powiedział, że jestem Niemcem, a ja bym zaprzeczył, to powiedziałbyś, że jestem Niemcem, bo zaprzeczam, że nim jestem?
- Nie, bo jesteś Żydem - odrzekł, po czym wbił mi palec w potylicę, a dokładniej w jej dół, gdzie znajduje się wgłębienie i stwierdził, że mam tam „gulkę” i że każdy Żyd ma ją w tym miejscu.
Ponieważ nie było w pobliżu nas żadnego przedstawiciela rasy semickiej, więc wbiłem palec w potylicę mojego rozmówcy i okazało się, że też ma „gulkę”. Mieli je też inni przysłuchujący się dyskusji, więc wszyscy - z wyjątkiem wszechpolska - ucieszyli się, że należą do narodu wybranego. Właśnie ów epizod przypomniał mi się, kiedy szczuplejszy z Chorwatów zadał mi to pytanie. Zaprzeczyłem, ale niezbyt żarliwie, bo taka solenność zawsze może wzbudzić podejrzenia. Inną sprawą jest, że gdybym był, to bym odpowiedział twierdząco. Co za różnica, kim się jest? Nie pytałem o powód jego dociekań, lecz zapytałem, czy wszyscy Chorwaci są bez skazy? Czy nie ma Chorwatów złodziei, donosicieli, bandytów, hochsztaplerów? Czy tu, w UK, żaden z Chorwatów nikogo nie zakablował, nie okradł? Facet nie mógł oczywiście odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. I wtedy zrobiłem mu krótki kurs historii Polski i Chorwacji. Opowiedziałem o postawie Polaków w czasie II wojny światowej i postawie Chorwatów, którzy pod przywództwem Ante Pavelića stali się sojusznikami Hitlera i o obozie koncentracyjnym w Jasenovacu, gdzie ustasze (chorwaccy faszyści) ćwiartowali Żydów siekierami i palili w piecu cegielni na terenie obozu i zbrodniach wojennych po rozpadzie Jugosławii. Nie wiedzieli o tym wszystkim, ale trzeba przyznać, że przyjęli to, co im powiedziałem z pokorą. I tak zostaliśmy przyjaciółmi, przynajmniej przez czas pobytu w pubie. CDN...

Janusz Młynarski

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com