Thursday, May 17th

Last update01:39:08 PM GMT

Lokator nożem cięty

Agresywny intruz i bezczelny rachunek. Viktoria dzwoni 11 razy. Nie zawsze jest wesoło. Bezradni „electricians” w turbanach. Ku przestrodze.

Intruz był agresywny, wymachiwał rękami przed moim nosem wykrzykując, że łazienka na moim piętrze jest ogólnodostępna. Mając dość tych krzyków i obawiając się, że jego aktywna gestykulacja może przemienić się w tzw. rękoczyny, wykręciłem mu ręce i sprowadziłem piętro niżej, zostawiając go tam. Wrócił po parunastu minutach z pretensjami, że nie ma internetu, a on przecież płaci, więc wymaga. Rzecz w tym, że nie płaci. Owszem zdeklarował się do płacenia i miał to zrobić w dniu, w którym udostępniłem mu hasło, ale od tego czasu minął tydzień, a on z pieniędzmi się nie pojawił, a ja postanowiłem być bezwzględny, tak jak BT wobec mnie. Tak à propos - dostałem właśnie rachunek z tej szanownej firmy - 187 funtów, z czego 47 za rozmowy telefoniczne, czyli 140 funtów za internet! Nic z tego nie rozumiem. Dwa lata temu, kiedy zawierałem umowę, zgodziłem się na 99 funtów, płatnych co trzy miesiące. Kiedy umowa zbliżała się do końca, zamierzałem z BT zrezygnować, wówczas oni zaproponowali obniżkę do 66 funtów. Zgodziłem się, więc teraz nie rozumiem, dlaczego płacę dwa razy więcej? Na razie nie mam nastroju do wyjaśniania…

***

Może trudno w to uwierzyć, ale Viktoria, w ciągu jednej godziny, brała ode mnie telefon aż jedenaście razy i za każdym razem oddawała mi go coraz bardziej zapłakana. Makijaż się tak rozmazał, że przypominała Witkacego z autoportretu, który namalował pod wpływem pejotlu. Kiedy przyszła po raz dwunasty zapewniając, po raz kolejny zresztą, że to „very last time” przytrzymałem ją i poprosiłem, żeby usiadła i powiedziała, o co chodzi z tymi telefonami? Otóż miały one związek z dużą ilością żywności, którą Ben zakupił jej dzień wcześniej. Rzeczywiście było tego sporo. Viktoria wysnuła z tego faktu wniosek, że dlatego tyle tych wiktuałów jej nakupił, bo przez najbliższy czas nie zamierza się z nią spotykać, a nie chce, żeby cierpiała głód. Kiedy tak rozmawialiśmy, „kątem ucha” usłyszałem informację płynącą z telewizora, bo akurat szły „Wiadomości”, że węgierskie linie lotnicze „Malév” właśnie ogłosiły bankructwo i wszystkie loty są odwołane. Fakt ten może nie miałby znaczenia, gdyby nie to, że Viktoria miała wykupiony bilet do Budapesztu i za kilka dni miała tam lecieć, wiadomo mi było również, że zazwyczaj korzystała właśnie z usług tego przewoźnika. Wiem, że moja sąsiadka żyje głównie miłością i bankructwa jakiś linii lotniczych jej nie interesują, więc zapewne nie miała pojęcia o tym, że wyjazd może nie dojść do skutku. Nie wiedziałem, jak jej o tym powiedzieć, bo o swojej podróży do rodzinnego miasta mówiła już od dwóch miesięcy - była bardzo szczęśliwa, że znów zobaczy się z matką. Zaprosiła też jakąś swoją koleżankę z Francji. Żal mi się jej zrobiło. No, ale co, nie mówić w ogóle? Niech się dziewczę przejedzie w nocy na lotnisko, niech tam się dowie? I niech jeszcze straci dwie dychy na dojazd? Zapytałem, czy leci „Malévem”. Odpowiedziała, że nie, bo to bankrut. A, czyli jednak wiedziała! Bogu dzięki!

***

Coś wisiało w powietrzu, bo nagle zrobiłem się rozlazły i przeszła mi - i tak niewielka - chęć do robienia czegokolwiek, a do pracy w szczególności. A prognoz pogody nie śledziłem, bo najlepszym synoptykiem jest mój organizm. Ale śniegu się nie spodziewałem, choć w Anglii, jeśli chodzi o pogodę spodziewać się można przecież wszystkiego. Cztery pory roku w ciągu jednego dnia, zdarzyć się mogą tylko tutaj. Kawa nie pomagała. Wypiłem trzy i nadal byłem senny, ale dopadła mnie tzw. gonitwa myśli, czyli psychika zaczęła pracować intensywniej, ale ciało nie dostosowało się do niej. W celach wyrównawczych postanowiłem napić się herbaty z rumem. I tu zawsze mam problem - ile tego rumu powinno być w herbacie? Dlatego zawsze z niej rezygnuję. Rum wypiłem z sokiem z brzoskwini, kombinacja smakowo nie najlepsza, ale ujdzie. Poczułem się żwawiej i zasiadłem przy klawiaturze. Kiedy już kończyłem pewien dość długi tekst, zgasł mi komputer. Zszedłem na parter podniosłem klapkę bezpiecznika, wróciłem. Tekst odzyskałem, ale niestety nie zapisał się w całości. Tak było jeszcze kilka razy. Gdzieś musiało być zwarcie, aż wreszcie zabrakło prądu w całym budynku. Obudziłem się o piątej rano - hurra, jest! Niestety znów to samo - kończyłem tekst, ostatnie zdanie - trrrach i po prądzie! Około południa zdenerwowałem się i zaatakowałem Omara wymówkami. Czy w tym domu naprawdę codziennie musi się coś psuć?! Zagroziłem, że ja, Viktoria i Sławek - lokator z pierwszego piętra nie będziemy płacić czynszu. Omar gdzieś podzwonił i przyjechali dwaj „electricians”. Sympatyczni goście w turbanach. Ale tylko sympatyczni, bo z wiedzą na temat elektryki było u nich kiepsko. Stwierdzili, że rzeczywiście nie ma prądu, że to poważna sprawa, skasowali Omara na trzy dychy i poszli sobie. Dziwni ci elektrycy - bez żadnego sprzętu. Ale niestety, Omar jak bierze fachowców, to zawsze takich. Ja tymczasem popadałem w coraz większą frustrację. Straciłem półtora dnia i nic nie napisałem, a najbliższa przyszłość, przynajmniej w tej materii, jawiła się w nie najjaśniejszych barwach. Do licha, przecież „nie święci garnki lepią.” Jeśli chodzi o elektryczność, to nie mam w tej branży najlepszych doświadczeń, ale nie zamierzałem przecież kuć ścian i sprawdzać językiem, czy w przewodach płynie prąd. Żeby nie przedłużać, powiem tylko, że w ciągu 20 minut sprawiłem, że prąd powrócił, dzięki dość prostemu zabiegowi.

***

Dostało mi się trochę od jednej z Czytelniczek, za to co napisałem o „mamuśkach”, że tarasują sklepy wózkami, o tym, że (co już nie tylko „mamusiek” dotyczy) przychodzą na zakupy bez przygotowania itp. Moje utyskiwania nie dotyczyły rzecz jasna wszystkich mam, wszystkich klientek, lecz tych najbardziej uciążliwych. Krytykująca mnie Pani, przypisała mi jadowitość, brak wyrozumiałości i inne niezbyt miłe cechy, ale przecież nie tylko mnie to złości. Takie zachowanie drażni zarówno panie sprzedawczynie, jak i klientów, szczególnie tych, którzy mają do kupienia jedną, czy dwie rzeczy, którzy się spieszą. Poza tym, w „Naszym angielskim domu” staram się unikać pewnej sztuczności i poprawności, zależy mi na tym, żeby był to spontaniczny zapis rzeczywistości widzianej moimi oczami. Siadam i piszę jednym ciągiem to, co utkwiło mi w pamięci to, co mnie drażni, co śmieszy. W większości są to banały, ale brakuje czasu na „głębię”, jak i na wygładzanie chropowatości tekstu, eliminację powtórzeń itp., gdybym jednak tekst polerował, to nie byłby on już tym „spontanicznym zapisem”. Poza tym nie zawsze jest śmiesznie, a nawet jeśli jest, to - jak każdy - podlegam nastrojom, wahaniom formy i wielu jeszcze innym czynnikom. Chyba tyle.

***

Ciekaw jestem, ilu ludzi się na to nabrało i ile się jeszcze nabierze. Od czasu do czasu piszemy o tym w naszej gazecie przestrzegając przed oszustami, ale pewnie powinniśmy pisać co tydzień. Potrafię zrozumieć desperację osób przyciśniętych do muru brakiem pracy, ale powinni mieć oni świadomość, że dla oszustów różnej maści są oni najbardziej łakomym kąskiem. Właśnie przed chwilą zadzwoniła do mnie znajoma, która jakiś czas mieszkała ze mną. Przyszło do niej pismo z firmy udzielającej szybkich pożyczek, coś jak „Provident”. Z treści pisma, które przeczytała mi przez telefon wynikało, że zalega z ratami, a ściślej, że nie zapłaciła ani jednej. Firma groziła i straszyła, rzecz jednak w tym, że znajoma nie brała żadnej pożyczki. Nie brała, ale szukała pracy. Zapyta ktoś: co ma piernik do wiatraka? Ano ma. W jednym z polonijnych portali koleżanka przeczytała, że potrzebne są kobiety do sprzątania w hotelu. Osoby zainteresowane niech dzwonią na taki, a taki numer, komórkowy zresztą. Koleżanka zadzwoniła i dowiedziała się, że ma przesłać ksero dokumentów tożsamości, numer konta i NIN. Za kilka dni oddzwoniono do niej, damski głos poinformował ją, że przesyłka była otwarta, doszedł tylko NIN i konto, kserokopie dowodu i paszportu  diabli wzięli. Koleżanka wysłała powtórnie, ale odzewu już nie było, telefon przestał odpowiadać. Od tego czasu minęło pięć tygodni i przyszło upomnienie. Prosty wałek - kserokopia dowodu posłużyła do wzięcia pożyczki. Jak to możliwe, bez oryginalnego dokumentu? Możliwe, wystarczy tylko mieć „swoich ludzi” wśród agentów firm pożyczkowych. Koleżanka nie będzie spłacać 600 funtów, których nie pożyczyła, bo potrafi udowodnić, że nic wspólnego z tym nie miała, ale tak czy inaczej, do tych wszystkich ofert pracy należy podchodzić bardzo ostrożnie.

***

Hurra, sąsiadka wyjechała na dwa tygodnie, więc nie będę musiał pucować łazienki codziennie. Tak, trzeba się cieszyć nawet drobnymi rzeczami.
Właśnie zajrzał do mnie Sławek „Satelita” z informacją, że jeden z lokatorów mieszkających na parterze został ciężko pobity i obrabowany w pobliskim parku przez jakichś Murzynów. Zszedłem na dół obejrzeć go. Nie wyglądał najlepiej, oprócz ran tłuczonych i otarć, miał jeszcze ranę ciętą na policzku. Ewidentnie pochodziła od noża. Cięcie nie było zbyt głębokie, ale kwalifikowało się do szycia. Wyjąłem telefon, żeby zadzwonić po pogotowie, bo chłopak nie mógł się poruszać o własnych siłach, mógł mieć złamane żebra, ale nie chciał o tym słyszeć. Skończyła mu się wiza i obawiał się, że w szpitalu może się to wydać. Próbowałem go przekonać, że nie będą tego sprawdzać, ale nie chciał ryzykować. Następnego dnia Omar zawiózł go do jakiegoś pakistańskiego lekarza, który go pozszywał, za 150 funtów zresztą. Wynika z tego, że moja niechęć do spacerowania po parkach jest uzasadniona. Cdn…

Janusz Młynarski

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.