Ptaszek i wystrzał z nosa. „Kurwizna”, czyli jak gotowała się krew. Lampa-story. Wściekły nosorożec w łazience.
Zastanawiam się, czy inni też tak mają… Chodzi mi o zbiegi paskudnych okoliczności, lub jak kto woli - paskudne zbiegi okoliczności. Już wierzę, że nieszczęścia nie tylko chodzą parami, ale wręcz piątkami, albo nawet piętnastkami.
Zaczęło się od tego, że jakiś ptaszek narobił mi na płaszcz. Pół biedy, gdyby płaszcz był biały, ale akurat był czarny. Drugie pół biedy byłoby, gdybym się nie spieszył na spotkanie z Agnieszką Holland, która akurat tego dnia była w Londynie, ale właśnie się spieszyłem. Żeby w tym mieście zdążyć gdziekolwiek na czas, najlepiej wyjść z domu dzień wcześniej. Kiedy ja się gdzieś wybieram, mam na myśli jakieś ważne spotkanie, to daję sobie zapas trzech godzin i wówczas zdarza mi się dotrzeć punktualnie, niejednokrotnie rzutem na taśmę. Podobnie było i tym razem. Wróciłem, by oczyścić płaszcz. Mogłem oczywiście wziąć jakąś kurtkę, ale nie jestem burakiem, żeby wkładać kurtkę na marynarkę. Owszem mogłem ją zdjąć i włożyć jakąś bluzę, lub sweter, ale na to spotkanie wypadało iść akurat w marynarce. Płaszcz czysty, wychodzę. Przed stacją metra wyjmuję portfel, a z niego „oysterkę”, wypadają mi wszystkie drobniaki. Szkoda się nie schylić, bo to prawie osiem funtów - kolejne cenne sekundy. Przesiadka na Hammersmith. Godziny szczytu, potoki ludzi, przepycham się do autobusu, kątem oka widzę, że jakiś starszy jegomość przytyka palcem jedną dziurkę od nosa i dmie co sił. Ładunek, który wylatuje drugą, ląduje na moim rękawie. Mam do wyboru - odpuścić autobus i zająć się czyszczeniem rękawa, ryzykując spóźnienie, albo wejść do autobusu i tam, w jakiś sposób pozbyć się smarków. Wybieram wariant numer dwa. W autobusie tłok nie do opisania, próbuję sięgnąć do wewnętrznej kieszeni płaszcza, mam tam chusteczki. Za późno, właśnie jakaś kobieta przyodziana we flauszowy płaszcz otarła się plecami o mój rękaw, rozmazując niedawną zawartość nosa faceta z przystanku. Tymczasem autobus stanął i stoi, długo zresztą. Minuty lecą, a kierowca wcale nie zamierza wyjaśniać przyczyn postoju. Okazuje się, że jakiś wypadek, kierowca wreszcie otwiera narząd mowy informując, że czeka nas objazd. Wysiadam na najbliższym przystanku. Mam szczęście, bo na wprost znajduje się postój taksówek. Muszę dojechać na Soho. Zostało mi 40 minut, kierowca mówi, że jeśli nic się po drodze nie wydarzy, to spokojnie zdążymy. Ale wydarza się niestety. Pas głównej arterii, po której jedziemy jest częściowo zamknięty, bo oczywiście wypadek! Nie wiem, czy to ten sam, czy jakiś inny. Taksówkarz mówi: - Czarno to widzę, godziny szczytu, wypadek, sprawa beznadziejna.
Zjeżdżamy w jakąś boczną uliczkę, żeby ominąć główną trasę, ale - jakżeby inaczej - uliczka zamknięta, bo remont. Wracamy. Kolejna - to samo!
Taksówkarz radzi mi wysiąść i śmigać na piechotę. Pokazuje na planie, jak dojść. Na szczęście, to niedaleko, więc po chwili jestem na miejscu i 10 minut przed czasem. Tylko, że co z tego, skoro nie mogę znaleźć właściwego budynku, na niektórych numery są, na innych nie ma, a jeśli już są, to tak zakamuflowane, że trzeba przejrzeć każdy centymetr kwadratowy murów, żeby wypatrzyć numer. Udaje się wreszcie. Yes, yes, yes! Nawet rękaw zdążyłem wyprać.
W drodze powrotnej rezygnuję z autobusów, tylko metro. Na dwóch stacjach, na których się przesiadałem, wyświetlacze nie działają, więc nie wiadomo było, czy coś przyjedzie, a jeśli przyjedzie, to czy odjedzie. Nie rozumiem też, dlaczego na większości peronów nie ma map połączeń! Nienawidzę Londynu i tych jego w żyć kopanych niespodzianek! Wlokąc się do domu, marzyłem o tym, żeby zapaść się w fotelu i zapalić papierosa, ale gdy już dotarłem do celu stwierdziłem, że nie mam papierosów, musiałem gdzieś zgubić.
***
Co robi normalny człowiek, kiedy lampka nocna przestaje świecić? Sprawdza, czy szlag nie trafił żarówki, a jeśli żarówka jest nie w porządku, tu wyjmuje z wtyczki bezpiecznik i wymienia go na nowy, jeśli jednak i to nie daje pozytywnego rezultatu, a lampka, to jakieś tanie badziewie, wówczas wyrzuca na śmietnik. Moja sąsiadka nie bawi się w takie drobiazgi - lampa gaśnie, więc sru do śmieci. Nie przejmowałbym się tym, gdyby nie to, że ów przedmiot akurat należał do mnie. Kupiłem ją dwa lata temu, w jakimś „second-handzie”. Spodobała mi się, bo oryginalna, z żakardowym kloszem, opatrzonym frędzlami i porcelanowym korpusem, no i dość zabytkowa, bo z 1924 roku. Pożyczyłem ją kiedyś Viktorii, bo miała jakiś problem z oświetleniem w swoim pokoju. Kilka dni temu idąc do banku, zobaczyłem swoją lampę koło kosza na śmieci…
***
Ze sklepów, szczególnie polskich, wracam chory, ale tylko wtedy, gdy przede mną jest, co najmniej jedna osoba. Jeśli jest to mężczyzna, czekam, jeśli są to kobiety - natychmiast stamtąd wychodzę, bo mogę zatłuc, zadusić, pogryźć, skopać. Czasem jednak muszę się przemóc i poczekać, pohamowując owe niskie instynkty. Dzieje się zazwyczaj tak, kiedy ekwiwalentu tego, co potrzebuję, nie mogę dostać w „niepolskich” sklepach. Panie klientki, jak przychodzą do sklepu z przychówkiem, to uważają się za święte krowy, więc stawiają wózki, gdzie popadnie, najchętniej na środku sklepu, tarasując szlaki komunikacyjne. W małym sklepie, taki wózek wywalony na sam środek, uniemożliwia dojście nie tylko do lady, ale również do półek. Gdyby jeszcze taka mamusia wiedziała, co chce kupić, ale ona nie wie, a jeśli wiedziała, to po drodze zapomniała, a przecież są kartki, ołówki, długopisy. Można zapisać, naprawdę! Mamusia nie wie, więc myśli, myśli i wreszcie sobie przypomina, bardzo powoli zresztą. 15 deko szynki i przerwa - mamusia myśli dalej, 25 deko baleronu, nie, nie 30, albo nie 25, albo nie, nie 20, „bo jeszcze mam w lodówce jakieś 10, to mi wystarczy, albo dobrze niech pani da 25, jak już pani nakroiła, tylko co ja zrobię z tamtym?” Za każdym razem pada durnowate pytanie: „A świeża chociaż ta wędlina?”. Pytanie jest głupie z dwóch powodów, bo któż sprzedaje nieświeże wędliny? Owszem zdarza się nieraz, ale kto się przyzna, że ma nieświeży towar w sklepie. Poza tym, taki wyrób jest świeży tylko w dniu produkcji, a później jest już tylko „świeży” - może leżeć miesiącami, naszpikowany „utrwalaczami” przez producenta. Niby oczywiste, a okazuje się, że nie. Już mamusia niby kupiła, co trzeba, ale jeszcze nie, jeszcze się rozejrzała po półkach, jeszcze myśli i wymyśla, co by tu jeszcze. „Już, chyba wszystko, ile płacę? O Jezu, a gdzie moja portmonetka!? Zgubiłam! Pani nie widziała? Taka różowa, ze złotym łańcuszkiem, to znaczy nie, że ze złota, tylko pozłacany”. Schyla się, by sprawdzić, czy gdzieś jej nie upadła, a ja mam ochotę kopnąć ją w twarz. Kiedy człowiek tak się pochyli na moment, wówczas krew napływa mu do głowy i mózg zaczyna lepiej pracować. Byłem świadkiem, jak teoria ta sprawdziła się w praktyce. Mamusia zerwała się z podłogi i z radością oznajmiła, że już wie, co stało się z jej różowym portfelem - jest w którejś z toreb z zakupami, na dnie oczywiście. Niestety, zaczęła od tej, w której nie było. „Musi być w drugiej. Pamiętam, że wkładałam do tej, lub do tamtej. Zaczęła wywalać zakupy z „tamtej” i znalazła. Dopiero teraz zauważyłem, że nie tylko portfel był różowy, ale też i paznokcie, buty, a może nawet i zęby, ale nie chciałem się przyglądać zbyt bezczelnie. Jestem osobnikiem impulsywnym i niecierpliwym, i krew się we mnie gotuje bardzo często, z błahych zresztą - według ogólnie przyjętych norm - powodów. Takie „gotowanie się krwi” ma swój synonim, który bardzo mi się podoba - „dostawanie kurwizny”. Kto ma podobny charakter wie, ile energii kosztuje powstrzymywanie, kontrolowanie owej „kurwizny”, kiedy już się ją dostało. Ponieważ nie za bardzo mi wypada kopanie klientek w sklepie, czynię to w wyobraźni. Pomaga, ale na krótką metę, więc boję się, że pewnego dnia… w każdym razie proszę uważać na kudłatego faceta w okularach.
***
Nie przepadam za noszeniem obuwia sportowego, ale czasem wkładam, właśnie postanowiłem to zrobić, niestety białe sznurowadło było zabrudzone jakimś smarem, więc zmuszony byłem do zakupienia nowego. No i właśnie. Nie wiem, czy ktoś próbował kupić sznurowadła w Wielkiej Brytanii? Bo ja tak i bez sukcesu niestety. Jedyna możliwość, to kupić najtańsze buty z takim sznurowadłami - wydałem 12 funtów, ale mam. Podobnie jest z guzikami - nie daj Boże zgubić, jeśli chce się mieć wszystkie, to trzeba kupić nową kurtkę, czy płaszcz. Wielka Brytania - dziki kraj! W Polsce nawet w stanie wojennym sznurowadeł nie brakowało. A teraz, w najmarniejszym sklepie obuwniczym można kupić wszelkie akcesoria: sznurowadła, kleje, fleki, zamki, pasty, kremy regeneracyjne, farby do skór w różnych kolorach. Są też pasmanterie z tysiącami guzików, nici i w ogóle. Powtarzam: Wielka Brytania - dziki kraj.
***
O szóstej rano obudziły mnie hałasy dobiegające z łazienki. Ściana dzieląca mój pokój od niej trzęsła się w posadach. To nie mogła być Viktoria, bo ta zachowuje się znacznie ciszej, tymczasem łomot, który do mnie dochodził sprawiał wrażenie, iż ktoś uwięził tam wściekłego nosorożca. Musiał to być ktoś obcy, bo kategorycznie zabroniłem lokatorom korzystania z mojej łazienki i od jakiegoś czasu ściśle zakazu przestrzegają. Uchyliłem drzwi od pokoju, by móc widzieć, kto z niej wychodzi. Kilka łyków kawy i papieros rozjaśnił mi umysł na tyle, że może to być ktoś z nowych. I nie myliłem się - po kilku minutach wyszedł stamtąd Pakistańczyk z parteru. Pogwizdywał sobie i w ogóle czuł się jak u siebie. Marzyłem o tym, żeby mu to dobre samopoczucie zepsuć, ponieważ - jak każdy prawdziwy Polak - bardzo nie lubię, kiedyś ktoś inny oprócz mnie jest zadowolony. „Shaltowałem” go i spytałem, czy przypadkiem nie zabłądził, instruując przy tym, że lokatorzy z parteru mają łazienkę na parterze i że nie życzę sobie, by korzystał z mojej. Myślałem, że facet położy uszy po sobie i przeprosi, a on bezczelnie zaczął się stawiać. Jego zachowanie sprawiło, że dostałem autentycznej „kurwizny”, już chyba trzeciej w tym tygodniu. Zmusiło mnie to do postawy bardziej radykalnej. Cdn.
Janusz Młynarski
| Komentarze |
|
|
|
|
|










