Thursday, May 17th

Last update01:39:08 PM GMT

Jak nie dałem się wykorzystać

Horror z sąsiadką na tapczanie. Zachlapany ekspres. Śnieg, czyli nie-śnieg. Czytające myszy.

Zrezygnowałem z kolacji z Viktorią i z Benem, powodem było oczywiście moje lenistwo, choć nie powiem, robili wszystko, bym nie musiał się nadwerężać - wybrali najbliższy lokal. O tym, że rezygnuję powiedziałem Viktorii, a ta natychmiast zadzwoniła do Bena (z mojego telefonu rzecz jasna), który czekał na nas przed knajpą. Pofatygował się osobiście, żeby mnie przekonać, ale wykręciłem się jakimiś dolegliwościami. Nie ustępował oferując, że w takim razie przyniesie mi coś do jedzenia z tej restauracji, pod warunkiem, że sobie wybiorę - tu wręczył mi menu. Cholera, niepotrzebnie powiedziałem, że coś nie tak jest z moim żołądkiem, bo teraz nie wypadało mi przyjąć tej propozycji. A szkoda, bo na karcie było parę ciekawych dań. Poszli sami. Wrócili około północy i - oczywiście - prosto do mnie. Ben jednak zakupił jakieś jedzenie i to całkiem sporo. Poupychał wszystko w lodówce i powiedział, że jak się lepiej poczuję, to będę mógł spożyć to sobie. Po zapełnieniu lodówki wrócił dzierżąc w ręku sporą reklamówkę, wypełnioną jakimiś puszkami, w drugiej ręce trzymał jakieś niewielkie pudełko w liliowym kolorze, które przy bliższym przyjrzeniu, okazało się paczką prezerwatyw.
- O widzę, że masz na mnie ochotę, ale z góry uprzedzam, że nic z tego - powiedziałem, wskazując na pudełeczko.
- No nie wiadomo, zajrzyj najpierw do torby - zaproponowała Viktoria. Nie musiałem zaglądać, bo wiedziałem, że małe, czarne puszki, to bourbon z colą. Tylko sześć procent alkoholu, ale puszek było dużo, no i lepszy jednak bourbon niż browar.
- To za mało, żebym się upił i dał się wykorzystać - odrzekłem.
Nie lubię mieszać bourbona ani whisky z napojami, ale nie dlatego, że w ten sposób pozbawiam się    doświadczania różnych subtelności smakowych i zapachowych, lecz dlatego, że rozcieńczany alkohol traci moc, a ja nie cierpię rozcieńczanych wrażeń, wolę wrażenia mocne. Bardzo mnie śmieszy, kiedy jacyś ludzie mówią o bukietach whisky, o nutach zapachowych i smakowych. Whisky śmierdzi, jak każda inna wóda, bez względu na to, czy jest to podła Imperial Stag, czy wykwintna Glenfiddich.  Ciekaw jestem, dlaczego nikt nie mówi o bukietach wódki czystej, przecież surowiec do niej też pochodzi z różnych kartoflisk, czy „zbożowisk”. Zwykła ściema!
Zgodnie z moimi przewidywaniami Ben, który już przyszedł nieźle nietrzeźwy, szybko doprowadził się do „stadium agonale”, więc zaniosłem go do pokoju Viktorii i opuściłem go na łóżku. Po chwili przyniosłem jeszcze prezerwatywy i położyłem na szafce nocnej.
- Na szczęście nie będą już potrzebne - Viktoria machnęła lekceważąco ręką wskazując na nieprzytomnego Bena. Postała jeszcze przez chwilę bez słowa i wyszła. Ja przez jakąś godzinę grasowałem po „Fejsie”, a później wziąłem się do czytania piątego tomu „Dziejów” Herodota. Nie dane mi jednak było czytać zbyt długo, bo nawiedziła mnie sąsiadka. Trzymała w ręku jakąś płytę i zaproponowała mi wspólne obejrzenie jakiegoś horroru. Wspólne oglądanie filmów, a horrorów w szczególności, to coś, czego nie trawię, ale nie chciałem jej robić przykrości, więc udawałem, że wręcz marzyłem o tym. Film, jak każda produkcja tego gatunku, okazał się kretyństwem, więc po 20 minutach miałem dość, ale Viktoria mocno wszystko przeżywała, o czym może świadczyć, choćby to, że przywarła do moich pleców. Tylko i wyłącznie z tego powodu dotrwałem do końca, a nawet żałowałem, że nie było drugiej części. Aha, zapomniałem dodać, że oglądaliśmy ten film na tapczanie. Była już trzecia na ranem, a sąsiadka nie zamierzała wychodzić. Zerwałem się nagle z tapczanu, z okrzykiem: - O Jezu, zapomniałem o jednej rzeczy!
Usiadłem szybko przy biurku, włączyłem komputer i udawałem, że coś piszę.
- Artykuł? - zapytała ziewając.
-Tak, ma być gotowy na szóstą.
Nie mogła wiedzieć, że gdyby ktoś zażądał ode mnie artykułu na szóstą rano, nie tylko zostałby ordynarnie zelżony, ale miałby jeszcze nieźle obitą mordę, no chyba, że kobieta, wówczas bym tylko zelżył. A Viktoria zamiast wyjść, wsunęła się pod kołdrę i powiedziała: „dobranoc”. Taka sytuacja niespecjalnie mi odpowiadała - Ben w każdej chwili mógł się obudzić i spróbować skorzystać z prezerwatyw, dlatego też zasugerowałem jej, żeby jednak wróciła do „boy-frienda”, ale ona sennym głosem odrzekła… no właśnie nie wiem co, bo to było po węgiersku, a węgierski to trudny język, tak trudny, że podobno sami Węgrzy go nie rozumieją, więc tym bardziej ja. Ponowiłem sugestię i tym razem odpowiedziała mi po angielsku: - Nie obudzi się. A spać z nim nie mogę, bo on okropnie chrapie i łóżko jest za wąskie.
- To po jakie licho go zaprosiłaś?
- Postawił mnie przed faktem, wysłał mi wiadomość, że właśnie dojeżdża.
- Ok, śpij - zgasiłem światło i zamknąłem drzwi na klucz. Kiedy się obudziłem, już jej nie było.

***

Malowanie leci pełną parą, właśnie doszli do mojego piętra, ale ja się nie zgodziłem, żeby u mnie maziali. Poszli na skargę do Omara, który pojawił się u mnie po kilku minutach, dość poważnie zdziwiony. Wyjaśniłem mu, że jakość tego malowania niespecjalnie mi odpowiada. Robią to bardzo niestarannie, byle jak, dużo chlapią, listwy pomalowane nierówno, nie zabezpieczają okien taśmą.
- Oni to jeszcze poprawią - obiecywał Omar.
- Ok, niech sobie poprawiają, a ja u siebie zrobię tak, że nie trzeba będzie poprawiać - przekonywałem Omara, widząc przy okazji jak jednemu z „malarzy” pokaźny strumień farby spływa z wałka na mój nowy ekspres do kawy, który wczoraj przywiózł mi brat.
- O proszę, wskazałem palcem na tego z wałkiem.
- Ale on przecież nie maluje - odrzekł Omar.
- I Bogu dzięki, że nie. Sam widzisz, jeszcze nie zaczął, a już zachlapał mi ekspres. Wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdyby zaczął. Wróciłem do pokoju i znów zasnąłem. Kiedy się obudziłem, poczułem straszne pragnienie. Miałem co prawda kilka butelek wody mineralnej, ale miałem ochotę na coś słodszego. Narzuciłem kurtkę i zbiegłem do sklepu. Zanim jednak tam dotarłem stwierdziłem, że na schodach przed domem leży śnieg. Dziwne to, bo było dość ciepło, a śnieg nie topniał. Jeszcze dziwniejsze było to, że śnieg spadł tylko na nasze schody, gdzie indziej go nie było. Pochyliłem się. No tak, idioci pomalowali schody na biało! Będąc już w sklepie poinformowałem o tym Omara. Wyjaśnił, że zostało jeszcze trochę farby, więc pomalowali schody, żeby było ładniej. Rozłożyłbym ręce, ale nie miałem jak, bo akurat trzymałem w nich zakupy.
Kiedy wracałem, spotkałem na parterze trzech osobników, którzy pochyleni nad podłogą deliberowali nad czymś. A no tak - białe palmy na nowej wykładzinie. Bardzo się dziwili skąd one tam. Spytałem, kto malował schody? Oni. Kto łaził po pomalowanych schodach? Oni. Kto później łaził po wykładzinie? Oni. Rozmowa była dłuższa i bardzo śmieszna więc szedłem do siebie w niezłym nastroju.

***

Viktoria od kilku dni twierdzi, że w jej pokoju grasuje mysz. Ona ma takie okresy - Viktoria, nie mysz - że słyszy jakieś szuranie, drapanie, że coś skacze. Poradziłem jej żeby zgłosiła to Omarowi. Zrobiła to i jeszcze tego samego dnia przyszedł jeden z „malarzy” i zainstalował łapkę. Instalacja polegała na tym, że w jednym z kątów położył jakiś przedmiot o gabarytach książeczki czekowej i wyszedł. Pochyliłem się nad tym przedmiotem. Widniał na nim napis: „Pułapka na gryzonie. Z klejem”. Sytuacja jak ze schodami, znów chłop nie pomyślał. To łapka klejowa. Jej dolna powierzchnia jest samoprzylepna, więc przytwierdzamy ją do podłogi, na całej górnej powierzchni natomiast, znajduje się niewysychający klej i gryzoń, jak na tym stanie, to się przyklei i już się nie odklei. Tyle, że najpierw trzeba pułapkę wyjąć z opakowania, a malarz tego nie uczynił. Myślał zapewne, że mysz sama sobie rozpakuje, przyklei się, po czym wyśle wiadomość do tego kolesia: Elo, złapałam się!
Mogłem oczywiście zrobić z tą łapką co należy, ale zdecydowałem inaczej. Poszedłem po niego. Kiedy byliśmy już w pokoju Viktorii powiedziałem mu, że popełnił błąd, bo na opakowaniu jest napis informujący o tym, że to pułapka.
- Czy nie przyszło ci do głowy, że mysz może to przeczytać i przez to może się nie złapać?
- No, ale myszy nie umieją czytać.
- Taaak? Taki pewny jesteś?
- No tak, nie widziałem nigdy czytającej myszy.
- Aha, a widziałeś mnie czytającego, albo Viktorię?
- Prawdę mówiąc, nie.
- Więc sam widzisz.
Pakistańczyk lekko ogłupiały rozciął opakowanie z pułapką. Dobrze, że przy nim byłem, bo sam by się do tej łapki przykleił.

***

Aaron, ten katolik z Pakistanu wyprowadził się niestety, wrócił do Oksfordu, w Londynie zbierał  materiały do jakiejś pracy, o czym powiedział mi dopiero przed wyprowadzką. Piszę „niestety”, bo fajnie mi się z nim rozmawiało, a nawet wspólnie muzykowaliśmy, on na gitarze, ja na keyboardzie. Jak przystało na katolika przyszedł z flaszeczką. W sumie na brak rozmów nie będę narzekał, bo od jakiegoś czasu sąsiadka jest wręcz „nad-rozmowna”. Chyba brakuje jej głębszych rozmów. Ben, choć według mnie sympatyczny, to jednak na jakieś bardziej wyrafinowane konwersacje go nie stać. Cdn…

Janusz Młynarski

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.