Pakistańczyk niszczy moje wiano. Lot kapusia na drabinie. Kto jest u siebie? Drabina raz jeszcze. Gdzie jest robot z dzbankiem?
Błąd i tym samym pech Pakistańczyka, polegał na tym, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Tym nieodpowiednim miejscem, były drzwi mojego pokoju, w których wyżej wymieniony miał nieszczęście się pojawić. Zanim zdołał coś powiedzieć, otrzymał od Bena cios, znany w terminologii bokserskiej, jako prawy prosty. Uderzenie padło na tzw. punkt, czyli między oczy, więc Pakistańczyk zatrzymał się na lodówce, z której na głowę poleciało mu całe moje wiano - talerze, sosjerki, salaterki i sztućce, pojemnik z chlebem oraz słoik z kapustą osobiście przeze mnie kwaszoną. Tu przy okazji odnotuję pewien cud, który się wydarzył podczas owego incydentu. Otóż żadne z tych kruchych naczyń nie uległo najmniejszemu zniszczeniu, choć wszystkie sięgnęły podłogi, twardej przecież, z wysokości 180 cm! Zresztą, nawet gdyby się potłukły, to widok donosiciela je zbierającego, któremu chętnie sam bym przyłożył, był tego wart. Na tym jednak się nie skończyło. Kiedy Pakistańczyk odzyskał wreszcie pozycję względnie horyzontalną, otrzymał od Bena kopa w zadek, skutkiem czego, drobny, mały „kablarz” wpadł na drabinę (moją zresztą) i wraz z nią, upadł na schody, którymi - już bez niej - potoczył się w kierunku swojego miejsca zamieszkania. Rumor, który wyzwolił się przy tej całej akcji sprawił, że ze swoich pokojów powychodzili inni lokatorzy, których obudził hałas. Starałem się nie pokazywać za bardzo na oczy, ponieważ Ben rozjuszony ich widokiem, nie omieszkał wystosować wobec nich, kilku mocno rasistowskich komentarzy.
- My tu jesteśmy u siebie i możemy robić, co się nam podoba!
To był najdelikatniejszy, innych nie przytoczę, bo zamkną Bena, mnie oraz gazetę, za propagowanie wiadomo czego.
Lokatorzy pozbierali swojego współplemieńca, a ja zacząłem polemizować z Benem w kwestii bycia „u siebie”, bo przecież Ben, to południowy Afrykańczyk, biały, a nawet blady, ale nie Brytyjczyk, ponieważ nie posiada obywatelstwa, podobnie, jak moja współmieszkanka oraz Viktoria. Ben przekonywał mnie, że nie mam racji. Twierdził on bowiem, że pochodzi z angielskiego rodu M. który w XIX wieku wyemigrował do obecnej RPA, więc jego ojczyzną jest de facto Anglia, a skoro tak właśnie jest, to on jest Anglikiem i jako syn Albionu ma prawo decydować, kto może na jego ziemi przebywać, a kto nie. W związku z tym, uznaje mnie on za Anglika, jak również moją koleżankę oraz Viktorię. Po tej rozmowie wyszedł na korytarz i krzyknął, że ostatni raz toleruje takie zachowanie cudzoziemców w swojej ojczyźnie: - Dajemy wam pracę, nieograniczone możliwości i macie być nam wdzięczni, a jak się nie podoba, to wynocha!
Kwestię tę Ben przetykał obficie przerywnikami zaczynającymi się na literę „f”. Po tym ostrzeżeniu udał się do pokoju Viktorii i zasnął. Zasnęła też moja koleżanka, ale mnie mimo prób, w ogóle się to nie udawało. Nie pomogły nawet tabletki nasenne, wprost przeciwnie - dodały mi energii i odpędziły sen. Wziąłem się więc za czytanie „Dziejów” Herodota, kiedy usłyszałem delikatne stukanie do drzwi. To była Viktoria, nie mogła zasnąć podobnie jak ja, więc poprosiła o tabletkę na sen. Posiedziała chwilę i wyszła mówiąc na odchodnym, że trochę się boi reakcji Omara na tę całą akcję i ma obawy, że straci mieszkanie. Uspokoiłem ją, że przecież to nie ona, tylko Ben, obiecałem też, że porozmawiam z Omarem, co zresztą uczyniłem kilka chwil później udając się do sklepu po ogórki. Omar dopiero co otworzył, ale już o wszystkim wiedział, bo mały kapuś zdążył przyjść przede mną. Wyłuszczyłem mu całą sprawę wyjaśniając, że nie było żadnych hałasów, że ten przylazł, bo go podnieca to, kto z kim śpi. Powiedziałem, że Ben - jako typowy Anglik - jest nieprzyzwyczajony do zakłócania prywatności i zareagował agresją na agresję. Omar chyba też nie lubił tego gnojka, bo przyjął moją wersję, a jemu powiedział, żeby nie drażnił lokatorów.
***
Obudziłem się o po 9:00, tym razem rano, z postanowieniem natychmiastowego wbicia się pod prysznic. Będąc w holu zauważyłem, że czegoś mi brakuje. Przy wejściu na piętro, na którym mieszkam, widoczne było puste miejsce, a przecież stała tam zawsze aluminiowa, rozkładana drabina, przy pomocy której wchodziłem na dach, kiedy miałem zamiar zażyć kąpieli słonecznych. Owszem, pamiętałem, że drabina poleciała schodami w dół, razem z kopniętym donosicielem, ale przecież, kiedy zadyma ucichła zaniosłem drabinę na miejsce. Cholernie nie lubię, jak ktoś mi kradnie cokolwiek i myślę, że tak skonstruowana jest większość ludzi na świecie. Toteż zamiast do łazienki, udałem się na parter w celu wyjaśnia sprawy zniknięcia drabiny. Wskutek logicznego rozumowania, które czasami mi się zdarza, doszedłem do wniosku, że drabina, jeśli już opuściła wyznaczone jej miejsce, to drogą prowadzącą w dół, bo nie chciało mi się wierzyć, żeby złodzieje wtargnęli przez dach ryzykując swoje nikczemne żywoty. Na parterze panował hałas i bałagan, by nie rzec - burdel. Jakieś puszki i wiadra z farbami, wałki, „srałki”, pędzle, zrolowane chodniki, deski, deseczki, listeweczki, wióry, a wszystko to wymieszane do granic niemożliwości. Z trudem utorowałem sobie drogę do jednego z pokojów, skąd dobiegała mnie rozmowa w niezrozumiałym języku oraz muzyka z obcego mi kręgu kulturowego. W ogóle to biła z tego miejsca niesamowita jasność, choć na zewnątrz było pochmurno. Była to zasługa jasnopomarańczowej farby, którą rozprowadzał jakiś osobnik stojący na mojej drabinie. W pierwszej chwili miałem wątpliwości, czy to moja, ponieważ była… pobrudzona farbą, ale zapytałem:
- Kto ci pozwolił wziąć moją drabinę bez pytania.
- Stała na korytarzu, to wziąłem.
Na moim korytarzu, na m-o-i-m! - powiedziałem z naciskiem. - A z mojego korytarza nikt nie ma prawa brać czegokolwiek, bez mojej zgody.
Facet machał sobie wałkiem, mając najwyraźniej gdzieś to, co do niego mówiłem.
- Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- W ogóle tak - odpowiedział bezczelnie.
- Więc dlaczego nie zapytałeś?
Nie spieszył się zbytnio z odpowiedzią i kiedy już miałem zepchnąć go z drabiny odrzekł spokojnie:
- Bo nie wiedziałem, czyja to jest?
- A samochody na parkingach? Przecież też nie wiesz czyje są i co, bierzesz je sobie?
Znów cisza i po dłuższej chwili:
- Nie, bo to była kradzież, a drabinę tylko pożyczyłem.
Nie miałem już siły dyskutować, ale też nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. No, ale skoro już byłem na parterze, to przebiłem się do kuchni, by zabrać z szafki dzbanek z podziałką, jako, że musiałem sporządzić odżywkę dla moich kwiatów, a to z kolei wymagało zastosowania bardzo ścisłych proporcji. Zajrzałem wreszcie do tej szafki, a tam „ni chu, chu”, pusto! Sądząc, że ma to związek z „drabiniarzem” udałem się do niego, ale ten żarliwie odżegnał się od tego. Jakieś dwie godziny później gotowałem ryż, wszedł do kuchni jakiś śniady, kompletnie mi nieznany facet, objuczony reklamówkami pełnymi produktów żywnościowych. Otworzył m-o-j-ą (!) szafkę i zaczął sobie te produkty w niej układać. Najpierw miałem zamiar trzasnąć go w łeb chochlą, którą mieszałem ryż, ale zrezygnowałem, bo przedmiot ten był nowy i nie chciałem go połamać, poza tym „śniady” miał gabaryty sporego buhaja i nie tylko nie odniósłby uszczerbku, ale mógłby oddać. Ograniczyłem się więc do zapytania w sprawie poprzedniej zawartości szafki. Facet cedząc słowa odpowiedział, że przeniósł je do innej, mniejszej, bo to bez sensu, żeby w tak dużej szafce przechowywać jeden dzbanek. Tak tylko, że tam oprócz dzbanka był jeszcze robot kuchenny! Wskazał ręką na szafkę obok: - Tam jest wszystko.
Niby się zgadzało - był dzbanek, był robot, ale brakowało pokrywy, a bez niej ten sprzęt nie działa. Zagadnąłem o nią, a „śniady” odrzekł, że przeniósł do drugiej szafki wszystko to, co zastał w poprzedniej. Bezczelnie kłamał, bo dzień wcześniej sprzęt był kompletny. Cóż było robić, zabrałem ryż i poszedłem do siebie rzucając głośno wulgaryzmami. Zawsze, kiedy to robię, otwierają się wszystkie drzwi i lokatorzy pytają, co się stało, albowiem znają już te słowa doskonale. Dotarłem wreszcie do siebie, ale zniknięcie pokrywy nie dawało mi spokoju. Poszedłem do kuchni jeszcze raz i kijem do miotły pogrzebałem w koszu na śmieci. Znalazłem. Była w reklamówce wraz z pojemnikami do mikrofalówki.
***
Mam uszkodzony narząd ruchu, czyli kolano. Jest tak opuchnięte, że nie mogę włożyć spodni (a sukienek nie mam). Mógłbym co prawda w płaczu kąpielowym, bo jakieś dwa lata temu przemierzyłem w nim pół Londynu, kiedy chciałem kupić whisky. No, ale to było w nocy i jak nietrudno się domyślić, nie byłem zbyt trzeźwy. Trudno, żebym pił tylko po to, by móc chodzić w płaszczu kąpielowym w biały dzień. Wszystko przez małego Chińczyka, który pędząc na hulajnodze był uprzejmy zderzyć się z moim kolanem. Jedyne, co mnie cieszy to to, że skośnooki bachor sam się nieźle porozbijał, a może nawet coś sobie złamał…
***
Oho, Viktoria znów sprząta, więc pewnie należy się spodziewać kolejnej wizyty Bena. Nie wiem dlaczego, ale dzieje się tak we wtorki. Zresztą co za różnica, odwiedzin i tak nie uniknę. Tym razem jednak miały być poprzedzone zaproszeniem na kolację do restauracji, o czym poinformowała mnie Viktoria. No, do restauracji, to mogę pójść w płaszczu kąpielowym. Cdn…
Janusz Młynarski










