Jak oddaliłem widmo bezrobocia i bezdomności. Dlaczego drewniaki są dobre, a nawet lepsze. Niezdrowe ekscytacje pakistańskich kapusiów. Co odbiło sąsiadce?
Wiejący od kilku dni tutejszy halny (choć według mnie, powinien nazywać się „nachalny”), odbiera mi chęć do życia, nie mówiąc już o pisaniu, czy robieniu czegokolwiek. Nie pomagają litry kawy, nadal jestem senny, ale co gorsza, mam poważne problemy z zaśnięciem. Mogłem co prawda wziąć tabletkę nasenną, ale nie chciałem się obudzić otumaniony. To uczucie senności i braku chęci na cokolwiek sprawiło, że postanowiłem machnąć ręką, na wszystko, w tym tym również na pisanie. Pier***, nie robię, a co mi tam, najwyżej wyleją mnie z roboty - mostów, czy pustych ruder w Londynie nie brakuje, garkuchni dla bezdomnych również, zresztą „nie samym chlebem żyje człowiek”, jak mawiał Chrystus, który nawiasem mówiąc, sam był bezdomny. I nawet namawiał do porzucenia wszelakich dóbr, bo tylko to, czyni wolnym. Pomimo tego, że sam Chrystus do tego zachęcał, jakoś nie bardzo zapaliłem się do tego. Zdecydowałem, że najpierw się prześpię, a później wezmę do roboty. Tabletka nie wchodziła w rachubę z wyżej opisanego powodu, więc postanowiłem ściągnąć sobie z internetu film, który niechybnie mnie uśpi. Idealny do tego celu wydawała mi się produkcja „Przeminęło z wiatrem”. W dawnych czasach, był to niekwestionowany, wyciskający łzy hit. Pamiętam z lat dziecinnych, jak moja prababcia, babcia, mama, ciotki, przychodziły z kina spłakane do imentu, a później jeszcze długo rozprawiały o jakiejś Scarlett, Butlerze, Ashley'u i znów płakały. Podchodziłem do tego filmu kilka razy, ale zawsze rezygnowałem zaraz po pierwszym kadrze. Ułożyłem się wygodnie na poduszkach i wlepiłem oczy w ekran laptopa. Przez pierwszy kwadrans oczy mi się kleiły, ale sen nie nadchodził, ponadto akcja robiła się coraz bardziej wciągająca, a po pół godzinie senność w ogóle przestała mi dokuczać. Przez blisko cztery godziny nie odrywałem wzroku od ekranu, a od czasu do czasu zdarzało mi się nawet trochę popłakać. I tak dzięki Scarlett O'Harze i Rhettowi Butlerowi, mogłem podnieść się wreszcie z tapczanu, zasiąść przy biurku i oddalić od siebie widmo bezdomności i bezrobocia. To była jedna korzyść, a druga, to możliwość obcowania z pewną elegancją, wykwintnością, czymś, czego obecnie właściwie już nie ma. Przy okazji dowiedziałem się, że Vivien Leigh była Angielką urodzoną w Indiach i że zmarła w Londynie, przedwcześnie niestety, bo mając 54 lata. Gruźlica. Gdyby nie lekceważyła zaleceń lekarzy, żyłaby dłużej.
Życie miała równie burzliwe, jak w filmie, a jej wielką miłością był słynny Spencer Tracy. Opiekowała się nim w chorobie, aż do ostatnich dni. Niedługo potem sama zmarła. Polecam ten film wszystkim, to naprawdę arcydzieło, chociaż niekiedy może nieco razić nazbyt teatralna gra aktorów, ale cóż, kiedyś była taka moda, reszta jednak jest bez zarzutu.
***
Tym, którym wydaje się, że nie mam innych butów, poza drewniakami, śpieszę donieść, iż już niebawem przekonają się, że jest inaczej, a wszystko dlatego, że dojechałem z nimi do końca. Najpierw zdarły się podeszwy i zostało samo drewno, a teraz już i drewna coraz mniej. Skończą się głupie docinki w rodzaju: „co to, nie masz innych butów, że ciągle w tych drewniakach?” Mam, mam i to takie, że wam oko zbieleje i to nie raz! Ale jeszcze trochę musicie poczekać. A drewniaki uwielbiam, nie trzeba się schylać, żeby je włożyć, wiązać, można nimi zabić skutecznie karalucha, skopać napastnika, użyć jako kastanietów, wbić gwóźdź, jeśli nie ma młotka pod ręką, ale przede wszystkim są bardzo wygodne. Służyły mi przeszło rok, niestety w UK ich zakup jest niemożliwy, więc kupię sobie nowe przy okazji kolejnej wizyty w Polsce, jakoś przemęczę się te dwa, trzy miesiące.
***
Pogoda nie sprzyja przesiadywaniu w kawiarnianych ogródkach, więc moje kontakty z przyjaciółmi od kawy, należą do rzadkości, choć był jeden dzień w miarę ciepły i bezwietrzny. Liczyłem na to, że spotkam Dave'a i Tessa. Nie myliłem się. Siedzieli przy kawie i popalali papierosy. Towarzyszyła im Marion, młoda Brazylijka, która niedawno otrzymała brytyjskie obywatelstwo. Niestety, ledwie usiadłem, na niebie zawisły czarne chmury, zerwał się wiatr i zaczęło padać. Marion, która mieszka tuż za rogiem zaprosiła nas do siebie, na prawdziwą brazylijską kawę. Zawsze się dziwiła: „Jak możecie pić te szczochy?” Sama pijała wyłącznie wodę mineralną.
Tess nie miał już czasu, ale Dave i ja chętnie się zgodziliśmy, tym bardziej, że Tess, który gościł u niej wiele razy twierdził, że Marion zaraz po przyjściu do domu przebiera się w obcisłą i mocno wydekoltowaną podomkę. Nie byłoby głupie rzucenie okiem na piękną, niezbyt okutaną kobietę, w tak paskudny, zimny i dżdżysty dzień. Tess nie przesadzał. Marion szybko wskoczyła w kwieciste wdzianko i od razu zrobiło się jaśniej, a kiedy jeszcze włączyła jakąś bossa-novę i podała kawę, poczułem się, jak na Copacabanie. Z zamyślenia i z Copacabany tym samym, wyrwał mnie krótki okrzyk Dave'a: - O!
Spojrzałem na niego a później powiodłem wzrokiem w kierunku, w którym wskazywał palcem. Na kafelkach nad zlewozmywakiem widać było karalucha wielkości sporej krewetki. Tkwił tam sobie bezczelnie, nic sobie nie robiąc z tego, że w tym samym pomieszczeniu znajduje się słynny na całą Churchfield Road, „Cockroaches Killer”, czyli ja. Widać do karaluchów żyjących poza Churchfield, ta wiadomość jeszcze nie dotarła.
Marion popatrzyła na niego mówiąc: - I to jest właśnie problem, po czym zdjęła ze stopy gumową japonkę z zamiarem eliminacji nikczemnego insekta. Powstrzymałem ją. Karaluchy, to naprawdę sprytne bestie, a do tego, nawet dość solidne pacnięcie butem są w stanie przeżyć. Przekonałem się już nieraz. Jedynie drewniak daje radę. Wszystko co elastyczne, nie robi karaluchowi krzywdy, ponieważ on sam jest elastyczny, pochłania siłę uderzenia, niczym słynny zderzak inżyniera Łągiewki. Już miałem zdjąć drewniaka i posłać insekta do „karaluszego” piekła, kiedy przyszedł mi do głowy inny pomysł związany z jakimiś atawizmami kryjącymi się w mojej podświadomości, z jakąś odrobiną sadyzmu, tkwiącą w ciemnych zakamarkach mojego „ja”. Poprosiłem Marion o lakier do włosów, po czym dokładnie spryskałem nim karalucha. Nie spodziewał się tego, był tak zdziwiony, że nawet nie próbował uciekać. Zamierzałem go podpalić, ale wstrzymałem się nie wiedząc, jaka będzie reakcja Marion i Dave'a, a poza tym, po co mają znać moje słabości i mroki mojej duszy? Odczekałem pięć minut aż lakier zastygnie i karaluch sam odpadł, prawdopodobnie jeszcze żył, więc być może wysłał jakieś ostrzegawcze sygnały swoim pobratymcom. Marion była zmartwiona, bo niedawno wykosztowała się na remont. Mieszkanie śliczne, czyściutkie, widocznie zwlokły się od sąsiadów. Resztę czasu spędziliśmy na rozmowie o karaluchach, opowiadałem im różne ciekawostki z życia tych wstrętnych insektów i jak sobie z nimi radzić.
***
Moi współlokatorzy bardzo niezdrowo ekscytują się faktem, że mieszka u mnie młoda dziewczyna i na dodatek śpi jeszcze na tym samym posłaniu. Wielu z nich zazdrości mi, dlatego od pewnego czasu czepiają się mnie i donoszą Omarowi, że nie mieszkam sam. Czepianie się polega na tym, że uniemożliwiają mi głośne słuchanie muzyki, czasami nawet przeszkadza im, kiedy jest włączona normalnie. Dotyczy to tylko mnie, a na przykład to, że inni dają swoje „pakistańskie kawałki” na cały regulator - w ogóle. Łażą do Omara i skarżą na mnie, że od czasu, jak mieszka u mnie ta dziewczyna, to zrobiło się nie do wytrzymania. Na okrągło imprezy. Oczywiście bezczelnie kłamią, bo imprezujemy rzadko, poza tym przez ostatnie kilka tygodni nie było ani mnie, ani dziewczyny. Skoro im wolno kłamać, to dlaczego mnie nie wolno. Poszedłem zapłacić czynsz, a Omar od razu, że to za mało, bo jeśli w moim pokoju mieszka jeszcze druga osoba, to powinienem płacić więcej. Zaprzeczyłem temu, jakoby ktoś mieszkał ze mną, owszem, od czasu do czasu odwiedza mnie znajoma i czasem zostaje na noc, bo nie ma czym wrócić do domu, ale za to nigdzie się nie płaci, nawet w Pakistanie, gdzie ludzie są podobno niezwykle gościnni. Poradziłem mu, żeby nie słuchał idiotycznych plotek. Uwierzył.
W którymś z odcinków napisałem, że koleżanka, o której wyżej mowa, nie wie, kto to jest Donald Tusk. Miała do mnie pretensje, że robię z niej idiotkę. Boże, jaką idiotkę?! Przecież to nie jest przejaw idiotyzmu, lecz wręcz przeciwnie - ileż ja bym dał, żeby nie wiedzieć, kto to jest Tusk, żeby nie wiedzieć o katastrofie Smoleńskiej, o tatce Rydzyku i wielu innych, niby ważnych sprawach. Można jakoś żyć bez tego? Można!
***
Coraz bardziej zaczynam lubić Bena, chłopaka Viktorii. Tego dnia sąsiadka była cały czas w domu, ale nie rozmawiała z matką przez Skype'a godzinami, jak zwykła to czynić, kiedy jest u siebie, nie przesiadywała u mnie, lecz krzątała się niemal bez przerwy po pokoju. Uchyliłem drzwi i zobaczyłem kilka toreb wypakowanych śmieciami. Oho, jakieś generalne porządki. Ciekawe, co jej odbiło? Porządki trwały tyle i ile mogłoby zająć sprzątanie Canary Wharf, albo przynajmniej Pałacu Kultury, w każdym razie było to bite pół doby. Nie pytałem, jaki jest powód, bo mi się nie chciało, zajarzyłem dopiero, jak usłyszałem kroki na schodach i głos Bena. I od razu prosto do mnie. Trzymał w ręku browary, wyglądał na zmęczonego, ale w sumie nieźle się prezentował. Zaprosiłem ich do środka. Było już po 22:00. Rozmawialiśmy głośno, ale bez przesady. Ktoś zapukał. W drzwiach stał Pakistańczyk mieszkający pode mną. I to był jego błąd… Cdn.
Janusz Młynarski
| Komentarze |
|
|
|
|










