Monday, Feb 06th

Last update10:00:00 PM GMT

Jak zarobić na gen. Sikorskim i nie tylko cz.1

Różnice pomiędzy sensacją, a dociekaniem prawdy, czyli kiedy historyk staje się biznesmenem i co z tego wynika.

„Zabili Generała” to okrzyk, po którym redaktor Miszczak ma ciarki na plecach. To ciągłe podkręcanie atmosfery poprzez Dariusza Baliszewskiego „a zdecydowałem się to powiedzieć po raz pierwszy”, „a mówię to po raz pierwszy” czy „jestem jedyną osobą posiadającą te dokumenty” tylko ujmuje powagi całemu serialowi dokumentalnemu. To chwyty przetrenowane już przez Wołoszańskiego: modelowanie głosu, akcentowanie pewnych sformułowań czy wyolbrzymianie faktów, mają na celu wywołać u widza taką czy inną reakcję i uwiarygodnić przez to informacje płynące z ekranu. Często jednak jest to tylko wybieg dobrego reżysera i nie ma wpływu na odbiór filmu przez ludzi znających zagadnienie.

Od kilku lat mamy w Polsce nowy trend w, nazwijmy to, twórczości literackiej, czyli pisanie książek o historii widzianych poprzez pryzmat przychodów i zysków. Pamiętam, jak za czasów mojej szkoły podstawowej mieliśmy listę podręczników do historii, wykaz lektur i tyle. Wszystkie te książki były w taki czy inny sposób naciągnięte do wymogów ówczesnego, dość wysublimowanego systemu edukacji. Innymi słowy, pakowano nam do głowy serię wybranych i nie rzadko przerobionych faktów historycznych, z których wyłaniał się obraz dzielnego Polaka, miłującego swój kraj i gotowego oddać życie za wolność waszą i naszą. Oczywiście po tym, jak pokonaliśmy wraz z naszymi sowieckimi sojusznikami wspólnego wroga, żyliśmy w kraju ogólnej radości i dobrobytu. Czasem tylko jakiś strajk czy czołgi na ulicach przypominały nam, że gdzieś pod powłoką kolorowych sztandarów, pochodów pierwszomajowych, toczy się krwawa walka o wolność, której niektórzy pragnęli bardziej niż zakładowego mieszkania i bezpiecznej posady do końca życia. Walczyli oni, aby uszczęśliwić nas nową wolnością i nową historią. Ja i moi koledzy zaczynaliśmy podstawówkę w socjalistycznej Polsce, a skończyliśmy ją w wyzwolonym wreszcie kraju, przez co całe nasze osiem lat nauki o historii naszego kraju przewróciło się do góry nogami. Na szczęście nigdy nie lubiłam historii w szkole, więc ta nagła odmiana jakoś mnie obeszła bokiem, a co za tym idzie, nie wytworzyła we mnie żadnych uprzedzeń ani do starej, ani do tej nowej historii i wolności. Jest to o tyle zaletą, że potrafię oglądać filmy i czytać książki oparte o fakty historyczne bez uprzedzeń. Nie neguję jakiegoś faktu tylko dlatego, że jest lub był on politycznie niepoprawny lub wręcz przeciwnie - aż za bardzo poprawny.

Historyczny śmietnik
Kiedy wchodzę do księgarni i widzę ogromne półki zapełnione historycznymi książkami i filmami na DVD, zastanawiam się, jak zwykły czytelnik ma z tego ogromu wyłapać te książki i filmy, które nie namieszają mu w głowie?
Zamieniliśmy politykę na finanse i teraz kiedy kupujemy książkę, to nie dlatego, że zawiera ona cenne informacje poparte długoletnimi badaniami, ale dlatego, że zrobiono koło niej dobry marketing i w tej sytuacji czytelnik w księgarni będzie szukał tego czy tamtego, bo widział to na plakacie czy w telewizji, a nie dlatego, że przeczytał recenzje lub też polecił mu tę książkę znawca danego tematu. Dlatego myślę, iż obecna wolność jest dość dużym zagrożeniem dla historii i nauk społecznych, ponieważ książki nie są w żaden sposób sprawdzane pod względem rzeczowym, a tylko mają czasem za zadanie (opierając się na jakiejś bzdurnej informacji wyrwanej z kontekstu) wzbudzić zainteresowanie tłumów.
Dajmy na to taką pozycję, jaką mieliśmy okazję oglądać w ubiegłym roku w TVN - film pod tytułem „Generał – Zamach w Gibraltarze” oraz czteroodcinkowy film dokumentalny oparty na badaniach Dariusza Baliszewskiego. Człowiek ten poświęcił wiele lat w poszukiwaniu różnych dokumentów, informacji i dowodów na poparcie swojej teorii, iż gen. Sikorski został zamordowany w Pałacu Gubernatora Gibraltaru, po czym przeniesiony do samolotu, a cały wypadek został zaaranżowany przy udziale grupy aktorów. Oba filmy mają w zamyśle autorów uzupełniać się i - co daje się łatwo zauważyć - oba przedstawiają jedna i tę samą historię, tyle tylko, że jeden jest zbiorem historycznych faktów, a drugi fabularną rekonstrukcją wydarzeń. Trzeba przyznać, iż zamysł autorów jest doskonały. Poprzez film dokumentalny lepiej można zrozumieć prawdę i przesłanie filmu fabularnego. Autorzy jednak nie spodziewali się, iż film może zostać obejrzany przez kogoś, kto zna temat. Co gorsza, aby dodać powagi całości, edycja DVD zaopatrzona została w angielskie napisy, co staje się pętlą na szubienicy, jaką postawili sobie autorzy filmu.

Tabloidyzacja dziejów
Przy pierwszym oglądaniu filmu człowiek zostaje zarzucony masą informacji, które potokiem płyną z ekranu telewizora i uniemożliwiają analizę ani poprzez sprawdzenie czegokolwiek, ani poprzez wykorzystanie zdrowego rozsądku. I to jest efekt jak najbardziej pożądany przez autorów filmu. Jednak to magiczne urządzenie, jakim jest odtwarzacz DVD, pozwala obejrzeć film dowolną ilość razy i zatrzymać go w chwili, w której chcemy odwołać się do źródeł historycznych, żeby sprawdzić to czy owo. Na domiar złego, liczba potencjalnych widzów filmu radykalnie rośnie poprzez zastosowanie angielskich napisów. Zapewne chciano w ten sposób dodać powagi filmowi, ale może się to okazać trochę niebezpieczne dla autorów, bo większa widownia to większa wiedza ludzi oglądających ten film.
„Zabili Generała” to okrzyk, po którym redaktor Miszczak ma ciarki na plecach. To ciągłe podkręcanie atmosfery poprzez Dariusza Baliszewskiego „a zdecydowałem się to powiedzieć po raz pierwszy”, „a mówię to po raz pierwszy” czy „jestem jedyną osobą posiadającą te dokumenty” tylko ujmuje powagi całemu serialowi dokumentalnemu. To chwyty przetrenowane już przez Wołoszańskiego: modelowanie głosu, akcentowanie pewnych sformułowań czy wyolbrzymianie faktów, mają na celu wywołać u widza taka czy inną reakcję i uwiarygodnić przez to informacje płynące z ekranu. Często jednak jest to tylko wybieg dobrego reżysera i nie ma wpływu na odbiór filmu przez ludzi znających zagadnienie.
W filmie wykorzystano bardzo wiele archiwalnych filmów dokumentalnych, z których wiele nie ma nic wspólnego z historią przedstawioną w filmie. Na największą uwagę zasługuje film dokumentalny z akcji ratunkowej. To perełka, którą redaktor Miszczak zaskakuje badacza, znawcę tematu, który twierdzi, że zna sprawę od podszewki i nie boi się oskarżać konkretnych osób o morderstwo, czyli Dariusza Baliszewskiego. Ten ostatni, badając sprawę przez wiele lat twierdzi, że takiego filmu nie ma. Scena nakręcona chyba do filmu fabularnego bardziej niż do dokumentalnego. W całym serialu to Baliszewski odsłania tajemnice, a tu taki strzał! Przypomina to przepychankę – a ja mam coś, czego ty nie masz. Najciekawszy jednak jest ten film – jak twierdzi Miszczak, to film nakręcony przez polskiego operatora dla niemieckiej telewizji. O zgrozo! Oczywiście, że Sikorskiego w Gibraltarze mogli ubić wszyscy agenci z całego świata, chyba nawet Koreańczycy. Bo jak inaczej podejść do stwierdzenia, iż na terenie zamkniętej brytyjskiej bazy wojskowej, gdzie wysiedlono cywilów, a kilkaset metrów od granicy faszystowscy hiszpanie mierzyli z dział, nagle Polak na zlecenie telewizji niemieckiej kręci film pod wodą z wnętrza rozbitego wraku, z którego wydobywane ciągle są zwłoki i ładunek, a w okolicy kręci się mnóstwo ludzi i statków ratowniczych? To jak ten tajemniczy Polak zanurkował? Miał pozwolenie i wsparcie Brytyjczyków? Oj, coś tu chyba nie pasuje do całej reszty historii.

Agnieszka Bramreja Mazur, Pogoria.pl 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.