Thursday, May 17th

Last update01:39:08 PM GMT

Moje trzy grosze

Uczta dla oka i szał półnagich ciał

W rytmie bębnów, szumie pióropuszy i blasku cekinów zakończył się karnawał w Notting Hill.

Mieszkać w Londynie i nie być na karnawale w Notting Hill to grzech! Pewnie większy, niż pożądliwie patrzeć na piękne dziewczyny w skąpych ubiorach, wijące się w rytm samby podczas dorocznego karnawału.
- Taniec to coś, co kochamy i co nam daje wolność. Dziś jest to wolność ekspresji, dawniej chodziło o coś innego. Dziś możemy się tylko cieszyć, że tamte czasy naszych dziadków minęły. Karnawał to święto tańca, kolorów, radości, z odrobiną przypomnienia historii w
symbolach – mówi prowadząc tłum elfów półnaga nimfa z latynoskim akcentem.
Nie ma się co dziwić, że i Polacy tłumnie idą obejrzeć ten festiwal wolności, radości i tańca. Już na początku sierpnia na różnych forach internetowych można było słyszeć nawoływania, kto gdzie i kiedy idzie.
- Karnawał jest w bank holiday, wielu ma wolne, a to już prawie po wa-
kacjach, więc dlaczego nie przedłużyć ich sobie świętując z innymi. Poza tym, nie przecze, Polki są najpiękniejsze, ale jak miło popatrzeć jaki zmysł tańca mają czarne kobiety, jak wiją się Brazylijki w tych skąpych błyszczących kostiumach... Niejedna lap danserka mogłaby się od nich uczyć – mówi Piotr, który z mieszkańcami ze swojego domu bawił się podczas karnawału od samego rana.
Trochę żałował wraz z kompanem, Grzeskiem, iż zabrakło im weny ... – Zac, nasz friend z Francji, wstał rano, ubrał beret, koszulkę w paski, obwiesił się czosnkiem i mówi „idziemy...”, chyba liczył, że my wyskoczymy w góralskich lub krakowskich strojach, ale takiej garderoby nam tu brak – śmieje się Grzesiek.
No cóż, może naszych rodzimych akcentów nie było w strojach i muzyce, ale byli za to francuscy żołnierze, starożytni greccy aktorzy, a nawet legiony
rzymskie... i ci , co na platformach, i tłum, w którym Polacy byli liczni, starali się bawić jak najlepiej.
W poniedziałek rano Notting Hill wyglądało jak wielka garderoba teatra-lna: makijażystki pracowały pełną parą, styliści uwijali się w pocie czoła; bary i polowe kuchnie serwowały potrawy prawie z całego świata, choć głównie karaibskie przysmaki.
Mieszkańcy okolicznych domów nie tylko przyglądali się z okien festiwalowi, ale i pomagali organizacyjnie. Angielska para... z lat 40. otworzyła podwoje swojej toalety dla obcych... za drobną gratyfikacją, oczywiście. 13-letnia Nicola z Grosvenor Street chętnie pilnowała bagaży przyjezdnych. W chwili wolnej też serwowała zimne napoje wprost z plażowej lodówki, ustawionej na ganku.
Joasia jest już po raz trzeci. Na karnawał zaprosiła też swoich przyjaciół, którzy mieszkają w Niemczech.
- Myślę, że im się bardziej spodoba, niż niejeden October Fest. To jest dla nas egzotyka – wyjaśniła.
Notting Hill Carnival to festiwal, który od pół wieku organizuje londyńska mniejszość karaibska. Największa impreza uliczna w Europie, w tym roku pewnie organizatorzy doliczyli się ponad 1 miliona uczestników.
Od 1964 r. parada organizowana jest w dzielnicy Notting Hill, która była wtedy największym w Londynie skupiskiem czarnoskórej ludności. Współcześnie w karnawale bierze udział tylu wykona-wców, że parada rozciąga się na długości 5 kilometrów. Wszyscy uczestnicy przebierają się w inspirowane rodzimą kulturą kostiumy i tańczą w rytm ludowej muzyki.
Karnawał w Notting Hill to także wielkie wyzwanie dla służb miejskich. Już 2 lata temu przez bójki z udziałem noży o mały włos festiwal nie został zakazany. Jego przyszłość stała pod znakiem zapytania. W tym roku  na ochronę wydarzenia Metropolitan Police wydała 6 milionów funtów. Doszło do dwóch napadów z użyciem noża. Ponadto policja z Luton zatrzymała dwa samochody, zmierzające na karnawał z trzema kilogramami marihuany. Organizatorzy oszacowali, że podczas imprezy zjedzono pięć ton kurczaka oraz wypito 25 000 butelek rumu. Liczby pióropuszy i cekinów nie dało się policzyć... ale mówi się o setkach i milionach.                                          
(pat)

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Dyskretny urok polskiej tolerancji

Uchodzimy w świecie za naród ksenofobiczny, zamknięty na inne kultury i nacje, skażony niechęcią do wyznawców innych religii niż katolicka, w ocenianiu nie-Polaków często posługujemy się stereotypami. Tymczasem rezultaty różnych badań wskazują, że wcale nie jest tak źle, mało tego – jeśli chodzi o poziom tolerancji sytuujemy się pośród krajów Unii Europejskiej na całkiem przyzwoitej pozycji.

W wyniku potężnej fali emigracji Polskę opuściło około 3 milionów obywateli. Z tego powodu musieliśmy wejść w relacje z czymś, co nie do końca była nam znane. Po wyjeździe z kraju niemal jednolitego etnicznie, kulturowo, zetknęliśmy się nagle z czymś, z czego wielu z nas nie zdawało sobie sprawy, a niektórym wręcz przyszło wręcz doznać szoku. Czym innym jest bowiem oglądanie w telewizji owej mieszanki etnicznej i kulturowej z londyńskich ulic, a zupełnie czymś innym jest kontakt bezpośredni i wchodzenie w różne zależności. A przecież nie powinniśmy mieć żadnych trudności z wejściem w takie relacje, bo tolerancję powinniśmy mieć w genach. Uczy o tym historia.

Zaczęło się od Żydów
Niemal od początku swoich dziejów Polska była jednym z najbardziej przyjaznych państw dla przybyszów z zewnątrz. Takim przykładem może być napływ ludności żydowskiej, który rozpoczął się już XI stuleciu, kiedy zmuszona była uchodzić przed prześladowaniami z państw obecnie będących wzorem tolerancji.
Po koniec XV wieku społeczność żydowska liczyła 30 tysięcy, ale dwa wieki później Żydów było już 10 razy więcej, a przed samym wybuchem II wojny światowej było ich prawie 3,5 miliona. To mówi samo za siebie – gdyby ówczesne społeczeństwo było nietolerancyjne, Żydzi unikaliby Polski jak ognia, nie wnosząc tym samym tak znaczącego wkładu w naszą kulturę, w obyczajowość, język itp. Ale nie tylko Żydzi, bo przecież dotyczy to również i innych narodów: Litwinów, Rusinów, Tatarów, Ormian, Niemców, Holendrów, czy Szkotów. Osiedlali się na terenach ówczesnej Rzeczpospolitej, tworząc niezwykłą mieszankę kulturową i etniczną.
Taki stan rzeczy był skutkiem mądrej polityki władców Polski, którzy do sprawnego zarządzania państwem potrzebowali spokoju w swoimi dominium, w ich interesie było bowiem, by społeczeństwo integrować lub przynajmniej zapewnić pokojową koegzystencję. Trzeba też jednak wspomnieć, że wiele z ówczesnych narodów zasiedlających wtedy Polskę nie miało świadomości narodowej, bo ta w niższych warstwach społeczeństwa zaczęła się kształtować dopiero w XIX stuleciu.
Można bez zbytniej przesady rzec, że Polska przez setki lat była swego rodzaju „unią europejską”. Zmieniło się to po wojnie, kiedy kraj nasz stał się częścią bloku sowieckiego – Polska przestała być „rzeczpospolitą narodów”, a stała się państwem jednolitym etnicznie, jak zresztą większość państw tego obozu, wyłączając ZSRR. Kilkadziesiąt lat komunizmu i jednolitości etnicznej sprawiło, że następne pokolenia zostały pozbawione możliwości życia w wielokulturowym świecie, co zaowocowało wyobcowaniem się oraz zamknięciem na innych. Czy można więc winić nas do końca za to, że niejednokrotnie ostatnimi czasy przyklejano nam łatkę ksenofobów?

Siebie też nie tolerujemy
Profesor Janusz Czapiński, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego, twierdzi jednak, że Polacy są nietolerancyjni, ale nie wynika to z postaw rasistowskich, lecz jest rezultatem „postawy uprzedzeniowej”. Według niego, nas Polaków „cechuje wrodzone podejrzenie złych intencji w kontaktach z drugim człowiekiem”. Tak więc nie tylko czyjaś odmienność budzi naszą nieufność, ale odczuwamy ją również w stosunku do siebie. Nasze zamykanie się wynika z braku pewności własnej tożsamości i niskiej samooceny narodowej. Można więc rzec, że Polacy w swojej nietolerancji są „sprawiedliwi”, bo nie tolerujemy żadnej odmienności, w tym również własnej. Z kolei prof. Magdalena Środa twierdzi, że wśród Polaków ciągle żywy jest mit XVI- i XVII-wiecznej wielonarodowej, tolerancyjnej Rzeczpospolitej. Mit ten ma się dobrze i konserwuje w nas przekonanie, że jesteśmy narodem tolerancyjnym. Mając zakodowane to przekonanie nie zauważamy narastających zjawisk ksenofobii, czy nacjonalizmu w naszym kraju – tak mocno tkwi w nas ten mit.
W jednym z programów Tomasza Lisa, pochodzący z jednego z państw afrykańskich dr Richard Mbewe, ekspert ekonomiczny, występujący często w programie telewizyjnym „Plus minus”, powiedział, że o wiele bezpieczniej niż obecnie czuł się w PRL. Stwierdził, że jest to wynik większej wolności, niż ta, która miała miejsce w PRL. Ludzie przestali obawiać się konsekwencji za różne czyny, również i na tym polu.
 
Kiedyś krzyczałem: „Sędzia – Żyd!”
Patrząc przez pryzmat rasistowskich ekscesów na polskich stadionach, nagłaśnianych – słusznie zresztą – przez prasę, można odnieść wrażenie, że Polska to wulkan kipiący rasizmem. Przez takie publikacje, których nie równoważą inne, można nabrać fałszywego przekonania, że w Polsce rzeczywiście kwitnie rasizm i ksenofobia. Większość mediów zdaje się nie dostrzegać różnych oddolnych inicjatyw wypływających – co istotne – ze środowisk młodzieżowych, w tym również kibiców, które wypowiedziały walkę tym złym zjawiskom. Warto również poczytać wypowiedzi na forach internetowych, pojawiające się po każdym incydencie o zabarwieniu rasistowskim – głosy potępiające takie zdarzenia i postawy stanowią niemal sto procent wszystkich postów.  Trudno też nawet w polskiej prasie brukowej spotkać jawnie rasistowskie, czy ksenofobiczne treści, jakie można znaleźć chociażby w brytyjskim wysokonakładowym „Daily Mail”, a z rzadka nawet w tak szacownym dzienniku, jak „The Times”.
- Tak naprawdę, to nigdy się nie zastanawiałem nad tym, czy jestem tolerancyjny, czy nie, zresztą nawet nie wiedziałem co to słowo znaczy. Jeszcze w Polsce, to na meczach  krzyczałem: „sędzia Żyd”, albo „Widzew - Żydzi”, ale nigdy Żyda na własne oczy nie widziałem. Jak w drużynie przeciwnej grał jakiś Murzyn, to wrzeszczałem wraz innymi, że asfalt powinien leżeć na ulicy. Później jak tu przyjechałem, to zdarzyło mi się pracować u Żydów, takich prawdziwych, co mają brody i loczki na skroniach, chodzą ubrani na czarno i w kapeluszach. Normalni ludzie, niektórzy to nawet trochę polski znają, a że trochę inaczej się zachowują?  Polacy też nie są wszyscy jednakowi. – mówi 24-letni Sebastian z Łodzi, mieszkający w Londynie od czterech lat.
Ewelina pochodzi z małego miasteczka na Mazowszu, studiowała psychologię w Warszawie, po dwóch latach urlopowała się, żeby zarobić na kontynuowanie nauki. Przyjechała do pracy do Londynu.
- Ja myślę, że tak naprawdę to niewielu ludzi jest rasistami czy ksenofobami z przekonania, o takich a nie innych postawach decyduje strach przed czymś nowym, nieznanym, innym. Kiedy zamieszkałam w Warszawie też byłam zakompleksiona, jako prowincjonalna gęś czułam się gorsza, nienawidziłam wtedy wszystkich warszawiaków, uważając ich wszystkich jak leci za zarozumialców. Po dwóch latach to się zmieniło. Teraz u wielu rodaków mieszkających w Londynie widzę, że ich postawa w stosunku do innych nacji i kultur ewoluuje, po prostu zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że świat nie jest jednolity.
Do tych „wielu Polaków”, o których z przekonaniem mówi Ewelina, na pewno nie należy Bogdan, który już siódmy rok przebywa na Wyspach, pracując jako hydraulik w angielskiej firmie.
Jestem tu siedem lat, ale z rok na rok coraz bardziej mnie denerwują i Anglików, którzy pracują ze mną, też.
 
Tolerancyjna większość
Badania jednak mówią, że tacy, jak Bogdan, stanowią w naszym kraju zdecydowaną mniejszość. W Polsce w ramach programu European Social Survey 2006/7 przeprowadzono badania, zwracając się do respondentów z pytaniem, czy czują się dyskryminowani w kraju, w którym obecnie mieszkają. I tak: w Polsce dyskryminowanymi poczuło się 5% respondentów, czyli mniej niż wynosi średnia europejska - 6,5 % (jej wielkość obliczono na podstawie wyników z 17 europejskich krajów). Wypadamy całkiem dobrze jeśli chodzi o Indeks Tolerancji (WVS) stworzony na użytek badań. W skali od 0 do 5 (zero to najwyższy, a 5 to najniższy poziom tolerancji) wartość  dla Polski wyniosła 1,7, co usytuowało nas w tej „dobrej” czołówce. Według badań CBOS, wśród państw Grupy Wyszehradzkiej (Czechy, Słowacja, Węgry, Polska) jesteśmy najbardziej otwarci na imigrantów, blisko 70 procent jest za otwarciem granic dla obcokrajowców. Odstajemy od tych państw in plus dość sporo, bo o 20-30%.
Dodajmy jeszcze, że w Polsce tylko 4,6 % badanych nie godzi się na żadną formę emigracji, a w pozostałych państwach europejskich aż 8 %. Taki stan rzeczy potwierdzają również niedawne badania przeprowadzone przez Instytut Spraw Publicznych. Według nich, znajdujemy się w czołówce państw tolerancyjnych, wyprzedzając również  takie kraje, jak Włochy, Niemcy, czy Austrię (jedno z ostatnich miejsc), bądź Słowację, Czechy oraz Węgry (ostatnie miejsce).
Miejmy nadzieję, że jest to wynik rzeczywistej otwartości Polaków, a nie skutek braku w przeszłości doświadczeń z emigrantami. 
Janusz Młynarski

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Czym się różni klawiatura od sedesu?

Pytanie zadane w tytule wydaje się bez sensu, bo przecież różnice pomiędzy tymi przedmiotami są nazbyt widoczne, a tego, że różnią się przeznaczeniem, też nie trzeba dodawać. Jest jeszcze jedna różnica – na klawiaturze znajduje się 500 razy więcej bakterii niż na sedesie! Brytyjskie Royal Society of Chemistry przeprowadziło ostatnio badania, z których wynika, że klawiatura czy mysz komputerowa są nie tylko idealnym siedliskiem bakterii, lecz wręcz bombą bakteriologiczną. Każdy kontakt z tymi przedmiotami to bardzo duże prawdopodobieństwo  narażenia się na jakąś niemiłą przypadłość, dotykającą najczęściej układu pokarmowego lub oddechowego.
Pół biedy, jeśli korzystamy z komputera w domu, ale znacznie gorzej jest wówczas, kiedy używamy tego sprzętu w miejscach, gdzie jest duża rotacja ludzi. Weźmy np. chociażby takie kafejki internetowe, czy pracownie komputerowe w szkołach. W ciągu jednego dnia całe zastępy ludzi zostawiają na klawiaturach część swojego „żywego mikroinwentarza”.
Zarówno badania przeprowadzone przez RSC, jak i przez Centrum Kontroli Chorób w Atlancie udowodniły, że na jednym centymetrze kwadratowym klawiatury, myszy, czy naszego biurka, może znajdować się pięćset razy więcej zarazków, bakterii, drobnoustrojów, niż na desce sedesowej! Czyli jednak różnica jest, ale tylko kto by pomyślał, że na korzyść tej deski?
Bakterie na klawiaturze, myszy, czy biurku są w stanie utrzymać się nawet 72 godziny, a co gorsza, potrafią się w tym czasie nieźle rozmnożyć.
Jeśli ktoś lubi spożywać posiłki przy biurku, a do tego jeszcze nad klawiaturą, to musi wiedzieć, że funduje sobie całkiem piękną hodowlę. Nie widać jej co prawda gołym okiem, ale pod mikroskopem te niebezpieczne stworzenia wyglądają całkiem miło.
Weźmy chociażby takie Escherichia. Coli, znane również pod mniej sympatyczną nazwą „bakterii kałowych”. Patrząc na nie przez okular mikroskopu widzimy... apetyczne krokiety w panierce. To właśnie te „krokiety”, jeśli trafią do naszego organizmu, powodują biegunki, wymioty i inne schorzenia układu pokarmowego. Albo taki gronkowiec złocisty (Staphylococus aureus), aż się prosi, by sięgnąć ręką po tę kiść złocistych winogron. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że tak pięknie wyglądająca kolonia gronkowca może spowodować zapalenie szpiku kostnego, płuc, gardła, migdałków, oskrzeli, skóry, wystąpienie trudno gojących się ropni itp., to rękę szybko cofamy. Dodajmy jeszcze, że gronkowce są wyjątkowo wredne, ponieważ potrafią przeżyć na naszym biurku nawet dwa miesiące.
Dr Beli Ekthar, epidemiolog, twierdzi, że bardzo rzadko zdarza nam się łączyć różne dolegliwości z kontaktem chociażby z klawiaturą używaną przez więcej osób. Najczęściej wydaje nam się, że zjedliśmy coś nieświeżego, albo zaraziliśmy się od kogoś poprzez kontakt bezpośredni, czy po prostu „coś” było w powietrzu. A niekoniecznie, bo mogło być na biurku. Jak unikać kontaktów z tymi niemiłymi stworzeniami? Odpowiedź jest banalnie prosta – myć dokładnie ręce, tak jak po wyjściu z toalety. A ze sprzętu usuwać kurz i przemywać go specjalnymi płynami bakteriobójczymi. No i nie „stołować” się przed komputerem.    

Janusz Młynarski

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Drzemią, ale mogą się obudzić

Eyjafyallayokull to nazwa coraz lepiej zapamiętywana nawet przez tych, co mają kłopoty z pamięcią. Tak nazywa się wulkan, który ostatnio rozregulował w Europie i częściowo na świecie komunikację lotniczą i spowodował miliardowe straty w światowej gospodarce.

Oprócz tej nazwy warto zapamiętać inne, bo w samej tylko Europie mamy 10 czynnych wulkanów, które w każdej chwili mogą się obudzić. Nazwa „wulkan” pochodzi od rzymskiego boga ognia Vulcanusa, a określa się nią – jak podają encyklopedie – te miejsca na powierzchni naszej planety, z których wydobywają się: lawa, gazy wulkaniczne, para wodna itp. Terminu tego również używa się na określenie form terenu, powstałych wskutek działalności wulkanu, choć zaleca się używania bardziej precyzyjnych określeń: góra wulkaniczna, stożek wulkaniczny, kopuła wulkaniczna, czy wulkan tarczowy. Z aktywnością wulkanów bywa różnie, w związku z tym pogrupowano je w pewne kategorie i podzielono na: czynne, drzemiące i wygasłe. Najbardziej powinniśmy nie lubić drzemiących, bo wiadomo, że jak coś drzemie, to prędzej czy później się obudzi i - co gorsza - nie wiadomo kiedy. Lepszy już jest czynny, bo przynajmniej wiadomo, czego się można po nim spodziewać. Najbardziej jednak, ze zrozumiałych względów, lubimy wygasłe. O czynnych wulkanolodzy mówią, że stale lub sporadycznie objawiają swoją działalność i zaliczają do nich np. Wezuwiusza, Etnę, czy Stromboli. Drzemiące to np. Fudżi, czy Tambora. A wygasłe, to wszystkie te, których aktywności nie odnotowano w czasach historycznych i nawet w Polsce mamy takie, np. w Pieninach.
Zdaniem geologów, w ciągu ostatnich 10 tys. lat na kuli ziemskiej czynnych było 1500 wulkanów, które wybuchały 8 tysięcy razy. Czynnych wulkanów mamy obecnie około 800, z czego mniej więcej 400 znajduje się na lądzie. Oprócz tego na lądzie znajduje się jeszcze kilka tysięcy nieczynnych wulkanów i kilkadziesiąt tysięcy podwodnych.
Najwięcej czynnych wulkanów występuje w tzw. Ognistym Pierścieniu Pacyfiku, rozciągającym się wokół Oceanu Spokojnego. W tej strefie znajduje się ponad 60% czynnych wulkanów na Ziemi, a najwyższym z nich jest Ojos del Salado w Chile. Najważniejsze aktywne wulkany w Europie znajdują się głównie we Włoszech i Islandii, bezsprzecznie najwyższym jest Pico del Teide na Wyspach Kanaryjskich (3718 m n.p.m.), słynna sycylijska Etna (3323 m n.p.m), norweski Beerenberg (2277 m n.p.m.), islandzkie: Grimsvotn, Askja, Eyjafjallajokul (ten, który przestał właśnie drzemać), Hekla, Katla (ten, który podobno zamierza się niebawem obudzić), Hvalnnadalshnukur, włoski Wezuwiusz, Stromboli, Vulcano, i Santoryn (Grecja).

Ostatni wybuch wulkanu w Europie, nie licząc erupcji z kwietnia tego roku, miał miejsce również w Islandii, kiedy obudziła się Hekla. W 1980 roku wybuchła sycylijska Etna, pięć lat wcześniej Stromboli. W 1971 roku dał o sobie znać Beerenberg w Norwegii. W 1968 roku doszło do erupcji Pico Gorda na Azorach, w 1961 wybuchła islandzka Askja, a w 1948 roku Wezuwiusz. Jednak żaden z wymienionych europejskich wulkanów nie spowodował tak znaczącego paraliżu komunikacyjnego i ekonomicznego, jak ten islandzki, o trudnej do wymówienia nazwie.
(jm)

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Doktor Judym na emigracji

Bezdomność, to ciemna strona polskiej emigracji w UK. To środowisko ludzi, którzy przegrali walkę z życiem, często na własne  życzenie, ale bywa, że z powodów od nich niezależnych dołączyli do grona wyklętych - ludzi bezdomnych. Stefan Żeromski w jednej ze swoich powieści właśnie pod tym tytułem ,,Ludzie bezdomni’’ dokonuje analizy, rozkładu tego zjawiska na czynniki pierwsze. Po lekturze tej książki, możemy zobaczyć, że ,,bezdomność’’ oprócz dosłownego znaczenia, używanego do określania  grupy ludzi bez dachu nad głową i pieniędzy na życie, kryje w sobie jeszcze drugie dno.

Ludzie bezdomni to często osoby osamotnione w swoich działaniach, taką postacią jest bohater wspomnianej wyżej powieści - dr Tomasz Judym, człowiek osamotniony w swojej pomocy biednym, postać tragiczna, ale na swój sposób romantyczna. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ jest to doskonały wstęp do historii pewnego człowieka, którą poniżej przedstawię.
Piątkowe przedpołudnie, siedzę w jednej z kawiarni, czekając na swojego rozmówce. Po chwili zjawia się Mariusz. To typ człowieka ciągle zabieganego, który bez przerwy gdzieś się śpieszy. Udaje mi się jednak namówić go na dłuższą rozmowę. Opowiada jak zaczął pomagać  bezdomnym, biednym, wszystkim potrzebującym pomocy Polakom w UK, jak stał się doktorem Judymem polskiej emigracji.
Wszystko zaczęło się blisko trzy lata temu, wtedy rozpoczęła się ta niekończąca się walka z ludzką biedą. W czasach kiedy wielu z nas chodzi do kościoła ze zwykłego przyzwyczajenia, z dobrego wychowania, a jedynym  bogiem jest banknot NBP, lub funt szterling, ciężko znaleźć takich pozytywnych ,,dziwaków’’, a jeszcze ciężej zrozumieć  dlaczego to robią.
- Moja działalność nie wzięła się z powietrza, od zawsze irytowała mnie krzywda ludzka i pewnie moje doświadczenia życiowe sprawiły, że jestem tu, gdzie jestem – mówi mój rozmówca.
Pierwszy raz ze zjawiskiem emigracji zetknął się podczas wakacyjnego wyjazdu do Holandii, gdzie chciał zarobić na studia. Wtedy podróż w celach zarobkowych wydawała mu się najlepszym wyjściem.
- W domu ciągle trwały kłótnie z rodzicami, z którymi - jak sam przyznaje, nigdy nie miał najlepszych stosunków:
- To wynikało chyba z różnicy wieku, moi rodzice tak na prawdę mogliby być moimi dziadkami, nie mogłem się z nimi dogadać.
W Holandii pracował jako opiekun do dzieci i mieszkał u holenderskiej rodziny w pokoju „garażowym”, bez okien. Jak mówi - bardziej przypominało to celę niż pokój. Po tym jak nasz bohater zaczął  upominać się o swoje prawa, odwieziono go na dworzec i wsadzono w autobus powrotny do Polski. Tak skończyła się jego pierwsza przygoda emigracyjna. Wrócił do Polski z 30 zł w kieszeni, ale do domu wrócić nie zamierzał - wolał ulicę niż ciągłe kłótnie z rodziną. Nie chciał słuchać utyskiwań w rodzaju: „znów ci nie wyszło”, „jesteś nieudacznikiem. Można powiedzieć, że przypadł mu w udziale los, który najlepiej określają słowa ,, jedna historia tysiące ulic i serc’’. I tak właśnie Mariusz przeszedł na drugą stronę barykady, wkroczył do świata, z którego wielu już nigdy nie wróciło.
- Jadłem i spałem gdzie popadło - na ulicy, w samochodach znajomych. To był naprawdę bardzo ciężki okres w moim życiu.
Pewnego dnia, po miesiącach które spędził na ulicy, koleżanka powiedziała mu, że znalazła ogłoszenie o pracy w Anglii, w charakterze „social care worker”. Nie mając nic do stracenia Mariusz udał się na rozmowę kwalifikacyjną i dostał tę pracę. Wykupiono mu bilet na przelot do Anglii i tak trafił do miasta Windsor. Zanim przyjechał do Reading mieszkał w Dublinie, Londynie, Oksfordzie.
- Kiedy trafiłem na Reading Stadion nie znałem tu nikogo, nie wiedziałem gdzie iść. Było ciężko, ale po jakimś czasie znalazłem pracę, również jako social worker. I powoli zacząłem wychodzić na prostą. Wtedy też zaczęły się pierwsze próby pomocy. Oczywiście to były pojedyncze przypadki, np. ktoś potrzebował pomocy w banku, ktoś chciał zapisać dzieci do angielskiej szkoły, ale nie wiedział jak i gdzie. Z czasem chętnych było coraz więcej, więc musiałem wybrać: albo praca, albo pomaganie. Wybrałem to drugie.
Dziś zarabia tyle, żeby wystarczyło na życie. Jedyne źródło utrzymania to prowadzenie imprez w polskim pubie. Jak sam przyznaje stara się pomóc tylu osobom, ilu może, ale często to wszystko go przerasta:
- Popełniam błędy i choć pomogłem wielu osobom, to są i tacy, którzy uważają, że wyrządziłem im krzywdę. Zdarza się, że dostaję sms-y lub e-maile, że źle pomagam, że wykorzystuję moją działalność do własnych celów, a ja przecież mam 29 lat, jestem tu już długo i nie mam ani grosza oszczędności. Czy można to nazwać korzyścią?
Mariusz, przyznaje, że popełnił wiele błędów pomagając innym, ale jak wszystkiego, tak i pomagania trzeba się nauczyć.
- I ja ciągle nabieram doświadczenia. Ostatnio pewna kobieta zarzuciła mi, że przechwalam się tym, że jej pomagam i w ogóle jaki to ja świetny jestem. A ja po prostu opowiadałem naszemu wspólnemu znajomemu o tym, co teraz robię. Nie sądziłem, że mogę wyrządzić komuś krzywdę mówiąc otwarcie o jego problemach.
Jak widać pomoc innym to trudne i niewdzięczne zajęcie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że źle, że za mało. Mariusz zrezygnował z normalnego życia na rzecz innych, nie oczekując za to żadnej zapłaty.
- Wystarczy jak ktoś poda pomocną rękę innej osobie, a wtedy ja będę miał mniej pracy – śmieje się.
„Judym z Reading” prowadzi swoją działalność siedem dni w tygodniu. Ma do czynienia z różnymi ludźmi. Tych, którym pomaga można podzielić na dwie grupy: osoby nie znające języka angielskiego oraz bezdomni. Pomaganie bezdomnym, a co za tym idzie, często narkomanom, alkoholikom, to zajęcie czasochłonne i stresujące, nierzadko ma charakter syzyfowych prac. Kiedy po raz kolejny oddajesz kogoś na detoks, bo nie wytrzymał i wrócił do nałogu czy do narkotyków, czy alkoholu. Często jest tak że dajesz komuś pieniądze na zapłacenie rachunków i życie, a on wydaje je na używki.
- Krew mi się wtedy gotuje, ale nigdy nie skreślam nikogo, jestem często ostatnią osoba, która wierzy w takiego straceńca.
Musimy pamiętać, że dla wielu ludzi bezdomność jest jak wyrok śmierci, ulica to nic innego jak „komora śmierci”, a ludzie pokroju Mariusza, starając się wyrwać kogoś z nałogu, z bezdomności, dając im prace, oddając na odwyk, przypominają adwokata, który odwołuje się od wyroku, który już zapadł, którego odwiesić się nie da, który - poprzez różne zabiegi - można jedynie przesunąć w czasie.

Michał Bugajski
fot. Daniel Bogdański

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com